wtorek, 20 lutego 2018

Spis armaty na zamku w Birżach w 1704 roku


We wrześniu 1704 roku wojska szwedzkie zdobyły zamek w Birżach. Zanim puszczono go z dymem i zniszczono fortyfikacje, wojacy Karola XII wywieźli co tylko się dało. Wśród łupów była i zamkowa artyleria. Myszkując właśnie w zbiorach online szwedzkiego Muzeum Armii, znalazłem spis zdobytych tam dział. Nader wyraźnym pismem opisano tam wszystkie inskrypcje ze zdobytych armat, w niektórych przypadkach mamy także rysunku herbów. Ciekawostka, może kogoś zainteresować.









niedziela, 18 lutego 2018

Historyk o(d)powiada... Karol Łopatecki



Dziś niedziela, pora więc na kolejną odsłonę z cyklu ‘wywiadów’. Dziś miło mi powitać w moim blogowym kącie dra hab. Karola Łopateckiego z Instytutu Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku. Z biogramem mojego gościa można się zapoznać na wiki, warto także zajrzeć na stronę Uniwersytetu, gdzie wymienione są liczne publikacje p. doktora. Zapraszam do lektury:

W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią rozpoczęła się raczej nietypowo. Zawsze bardziej interesowała mnie geografia, czy fizyka, historia to było zło konieczne. Jednakże w 1993 r., jeszcze w szkole podstawowej kupiłem 1 numer „Magii i Miecz”, gdzie opisany był zarys gier RPG wraz z zasadami systemu Kryształy Czasu. Oczywiście był to klasyczny heroic fantasy, jednakże już Warhammer FRP, ulokowany był silnie na podłożu związanym z Europą okresu renesansu. Zacząłem interesować się historią w sposób stricte użytkowy, na potrzeby przygotowywanych kampanii i prowadzonych rozgrywek. Pod koniec szkoły średniej czytanie prac historycznych stało się jednak nawykiem, a z czasem świat epoki nowożytnej oczarował mnie swoim bogactwem, dramatyzmem zdarzeń, gwałtownością przemian, o których można tylko pomarzyć w najlepszych nawet dziełach beletrystycznych.
Historii nigdy nie traktowałem w kategoriach kariery zawodowej, zdecydowałem się jednak na kontynuowanie zainteresowań. Wybrałem na Uniwersytecie w Białymstoku dwa kierunki studiów – prawo i historię. Ostatecznie splot różnych okoliczności doprowadził mnie do tego, że zacząłem zajmować się historią prawa.

Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Uwielbiam postać Krzysztofa Arciszewskiego. Uważam, że zasługuje na pięknie napisaną, a przy tym merytorycznie pogłębioną biografię. To niewątpliwie osoba bardzo zdolna, niezwykle inteligentna, która do wszystkiego doszła własną pracą, przy czym była więźniem własnych namiętności i słabości. Dobrze zapowiadającą się służbę u Krzysztofa Radziwiłła zakończyło zabójstwo. Czynu tego dopuścił się wobec prawnika, który „wykorzystał” rodzinę Arciszewskich. Wspaniałe sukcesy w Brazylii zakończyła fatalna współpraca i kłótnia z gubernatorem Mauritzem Johanem von Nassau-Siegen. Arciszewski był doskonałym inżynierem – testował stroje płetwonurków, które można było wykorzystać podczas działań wojennych, proponował zastosowanie rakiet, a nawet torped podczas walk morskich, uważnie obserwował przemiany zachodzące w działaniach oblężniczych i fortyfikacyjnych. To również doskonały kartograf, bardzo dobry artylerzysta i niezły budowniczy twierdz. Trzeba było mieć fantazję aby rozpocząć obleganie twierdzy Arraial Velho do Bom Jesus (w Brazylii) posiadając siły mniejsze niż jej obrońcy – a co więcej oblężenie to zakończyło sukcesem. W końcu to arianin, później ewangelik reformowany, a z naszej współczesnej perspektywy to właściwie deista, przy tym osoba niezwykle otwarta, zainteresowana obcymi kulturami i wierzeniami plemion indiańskich.
W historii kocham życie codzienne. Nie podniecają mnie wielkie wydarzenia, kluczowe sytuacje zmieniające losy świata, lecz zwykłe kłopoty i radości. Dlatego też pociągają mnie postacie, które nie wywodzą się z elit. Zamiast biografii lub książek o monarchach, magnatach, z utęsknieniem szukam dzieł dotyczących „zwykłych” przedstawicieli stanu szlacheckiego. Coś co przypomina znakomitą książkę Jana Seredyki „Księżniczka i chudopachołek: Zofia z Radziwiłł́ów Dorohostajska - Stanisław Tymiński”. Bardzo podoba mi się postać Jana Kunowskiego, który w swoim życiu był kondotierem, kartografem, poetą, żołnierzem, dyplomatą, sekretarzem królewskim, wielokrotnym dyrektorem ewangelicko-reformowanego synodu prowincjonalnego. Już same wymienienie zawodów i funkcji które pełnił oznacza osobę nietuzinkową. Ile jeszcze tak fascynujących postaci musiało istnieć, niestety brak źródeł nie pozwala nam o nich nic lub niewiele powiedzieć.
Natomiast z postaci żyjących poza Rzeczpospolitą, to ogromną sympatię odczuwam wobec Jensa Munka. Jest to jedna z najbardziej tragicznych postaci epoki nowożytnej. Żywot tego duńskiego oficera marynarki, jak w soczewce skupia losy wielkich odkrywców i ich załóg, heroiczne wyprawy morskie, ale i błahe przeciwności dnia codziennego, które miały potężne i straszne następstwa. Fenomenalnym źródłem jest diariusz jego podróży, w trakcie której starał znaleźć Przejście Północno-Zachodnie do Indii. Jest to jedyny znany mi przypadek z epoki nowożytnej, w której autor opisał swoją śmierć, a nawet w narracji przekroczył tę granicę ... Opis mój stanowi tabloidyzację rzeczywistości, jeżeli jednak ktoś przeczyta diariusz w pełni przyzna mi rację. Biografię Jensa Munka autorstwa Thorkilda Hansena polecam, została ona zresztą przetłumaczona na język polski przez Marię Bero, a następnie wydana drukiem w 1982 r. W moim osobistym rankingu książka ta jest jedna z najważniejszych prac historycznych jakie czytałem. 

Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Jak już wspomniałem uwielbiam w historii codzienność. Dlatego chętnie zobaczyłbym jeden zwykły dzień w obozie wojskowym, a jakbym mógł uczestniczyć w picowaniu dowodzonym przez jakiegoś poczciwego, religijnego towarzysza lub w sesji sądu wojskowego, to byłaby to pełnia szczęścia.

Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Bardzo ważne dla mnie są dwie książki dotyczące prawa wojskowego – „Disciplina militaris” w wojskach Rzeczypospolitej do połowy XVII wieku oraz Organizacja, prawo i dyscyplina w polskim i litewskim pospolitym ruszeniu (do połowy XVII wieku). Do pełni szczęści powinienem zrobić proces wojskowy oraz prawo rokoszowe i konfederackie, na razie jednak od kilku lat intensywnie pracuję nad zagadnieniem kartografii wojskowej na ziemiach Rzeczypospolitej, więc pewnie musi to poczekać do kolejnego dziesięciolecia. Jeżeli chodzi o krótkie formy (artykuły) to zadowolony jestem z aspektu ukazującego kobiety w wojsku epoki wczesnonowożytnej. W badaniach historycznych fascynujące jest to, że właściwie przez całe życie można rozwijać własny warsztat, gromadzić zasoby archiwalne, przede wszystkim doskonalić metodologię badawczą. Dlatego mam nadzieję, że nigdy nie będę w pełni zadowolony z tego co zrobiłem, co mnie osobiście motywuje do dalszej pracy.

W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Uwielbiam dyskusje nad zjawiskiem „rewolucji wojskowej”, nie tyle z uwagi na prawdę objawioną, które to zagadnienie przynosi, ile ogromny potencjał intelektualny i możliwości patrzenia na wojskowość w sposób zintegrowany – gospodarczo, demograficznie, a nawet kulturowo. Dlatego lubię badaczy odnoszących się (nie tylko pozytywnie) do tego zagadnienia począwszy od Michela Robertsa, poprzez Davida Parotta, Geoffreya Parkera, Johna Lynna i innych. Chciałbym wyróżnić również twórczość zmarłego w 2017 r. litewskiego badacza – Gediminasa Lesmaitisa. Jego pracę wyróżniają się niezwykłą wprost skrupulatnością i rzetelnością badawczą. Ze starszego pokolenia badaczy podziwiam twórczość Tadeusza Mariana Nowaka, Karola Buczka, Stanisława Kutrzeby. W obecnym pokoleniu historyków mamy szczęście do wielu wybitnych nowożytników. Ogromny wpływ na kształtowanie mojego warsztatu historyka wywarły osoby,  do których uczęszczałem na seminaria. Tu chciałbym wymienić profesorów: Adama Lityńskiego, Piotra Fiedorczyka oraz Ewę Dubas-Urwanowicz i Jerzego Urwanowicza. Powinienem odnotować jeszcze całą litanię osób, gdyż lubię współpracę zespołową, która objawia się stałymi spotkaniami, często wielogodzinnymi dyskusjami.

Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Jestem wielkim fanem tego typu inicjatyw, lubię szczególnie komiksy historyczne. Może nie są to dzieła na miarę Kentarō Miury, ale nie taka jest ich rola. Jest kilka blogów prowadzonych w Europie, które naprawdę trzymają bardzo wysoki poziom. Przede wszystkim gigantyczny potencjał widzę w rozwoju „Wikipedii”. Moim zdaniem na naszych oczach rodzi się zjawisko analogiczne do ruchu encyklopedystów z czasów oświecenia. Medium w pełni egalitarne; tworzony przez aktywnych użytkowników, zbiór wiedzy, coraz lepszej, weryfikowanej, to jest to czego potrzebuje ludzkość w dobie rewolucji informatycznej. Nie oznacza to, że nie widzę słabości wielu haseł, tu jednak postęp jest olbrzymi. Uważam, że doskonałym rozwiązaniem byłoby zamiast pisania prac licencjackich tworzenie, rozbudowa albo weryfikowanie stron/haseł na tej platformie przez studenta, a następnie ich umieszczanie w Internecie po uprzednim zweryfikowaniu przez promotora, który jednocześnie byłby administratorem tej strony. Proszę sobie wyobrazić ogromny rozwój w upowszechnieniu wiedzy, zamiast pisania po raz 1000 licencjatu „Państwo pierwszych Piastów w świetle Kroniki Galla Anonima” lub stworzenie dzieła równie oryginalnego co bezsensownego „Aleksander Wielki w podręcznikach szkolnych 1989-2000” (autentyk). Gdyby uczelnie przyjęły tę wizję, w pięć lat większość haseł byłaby wykonana na doskonałym poziomie. Mam kłopot ze zrozumieniem fenomenu polegającego na wykładanie przez Skarb Państwa i instytucje samorządowe ogromnych pieniędzy na naukę, a efekty tych badań nie są widoczne w Internecie. Znam przykłady dziesiątek książek, które zostały wydrukowane – ale nie mogą być sprzedawane, nie są też w żaden systemowy sposób dystrybuowane ani udostępnione na stronach internetowych. Jaki w tym sens? Ktoś wykonał nierzadko dobrą lecz nikomu nie potrzebą robotę. Tymczasem bloger lub vloger są przeciwieństwem tego zjawiska, za co należy im się chwała.

Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Najważniejsze w badaniach historycznych są stawiane hipotezy badawcze. Jeżeli siadamy do pisania i parafrazujemy przeczytane źródła to znaczy, że jest bardzo źle z naszym poziomem kompetencji naukowych. W pogoni za kolejnymi kwerendami, gromadzeniem różnego rodzaju źródeł historycznych zapomina się o najważniejszym – metodologii badawczej, celowi prowadzonych analiz. Papierem lakmusowym jest zakończenie w książce lub artykule – jeżeli po 30 stronach rozważań otrzymujemy 2-3 zdania podsumowania, w tym wyrażenie wytrych – „potrzebne są dalsze badania szczegółowe”, to jest to oczywiste nieporozumienie. Wiele osób ocenia książki po przypisach i bibliografii, ja zdecydowanie wolę dokonania jej wstępnej oceny po zakończeniu. Książka naukowa to nie kryminał, poznanie konkluzji na początku nie burzy przyszłej przyjemności czytania.
Sądzę, że historiografię polską czeka bolesne przejście (które już trwa) od historii odtwarzającej dzieje do analizy zjawisk, instytucji i problemów badawczych. Czyli to co w historiografii światowej nastąpiło już wiele lat temu. Po 1989 r. powoli otwierały się kolejne archiwa zagraniczne, które w okresie PRL-u były niedostępne, poza tym postępująca digitalizacja materiałów źródłowych, skłaniała badaczy to uzupełniania luk w badaniach historycznych. Tych jest jednak coraz mniej. Dlatego przyszli historycy muszą inaczej już spoglądać na przedmiot badań, odmiennie niż robiło to jeszcze moje pokolenie. A zatem zachęcam do czytania prac ukazujących nowe obszary badawcze – oprócz wspomnianych prac związanych z military revolution zachęcam do zapoznania się z koncepcjami np. state capacity, itp. Przyszłość wyznaczy pomysł badawczy, metodologia, to wszystko powinno być ulokowane dodatkowo w szerokiej komparatystyce. Niech zobrazowaniem tego będzie monografia Laurenta Vidala zatytułowana Mazagan, miasto które przepłynęło Atlantyk...

W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
spędzać czas ze swoją rodziną – żoną i dwójką wspaniałych córek, a jak w międzyczasie uda się przeczytać mangę, zagrać w RPG, planszówkę lub grę karcianą to też nie narzekam.


czwartek, 15 lutego 2018

Janczarzy przekupieni omletem



Dawno na blogu nie gościł Ogier Ghiselin de Busneq, pora to więc naprawić, tym bardziej że znalazłem przepiękną powiastkę. Dzisiejszy fragment dotyczy wyprawy do Adrianopola na przełomie 1577 i 1578 roku. Sułtan zażywał tam wywczasu, polując ze swoimi sokołami (swoją drogą opis jest przedni, wrzucę go przy innej okazji). Ogier otrzymał polecenie żeby dołączyć do sułtańskiego dworu. Przydano mu eskortę – kilku jezdnych, a także 16 janczarów, żeby mnie uhonorować albo żeby powstrzymać mnie przed ucieczką. Sułtańscy gwardziści okazali się jednak problemem, szybko zaczęli bowiem narzekać na zbyt szybkie tempo marszu.
Była to zima, musieli więc brnąć przez błotniste drogi, więc nasze długie marsze nie przypadły im do gustu; oznajmili, że kiedy wyruszają na wyprawę [wojenną] z sułtanem, nigdy nie maszerują [dziennie] więcej niż połowy dystansu [który obecnie przebywamy] i że już dłużej tego nie zniosą. Zatroskało mnie to, nie chciałem bowiem być dla nich surowy. Naradzałem się z moimi sługami co tu zrobić, kiedy jeden z nich zasugerował, że [janczarzy] bardzo byli łasi na rodzaj omletu, który mój kucharz przygotowywał z jajek i wina, z dużą ilością cukru i przypraw. „Być może – rzekł – jeżeliby ich tym karmić każdego ranka na śniadanie, zmniejszyłoby się ich narzekanie na zmęczenie i byliby bardziej spolegliwi”.
Jakkolwiek sugestia ta wydała mi się dziwna, postanowiłem ją wypróbować [w praktyce] – okazała się kompletnym sukcesem, omlet przypadł im bowiem go gustu, a wino którym obficie ich raczyłem tak poprawiło im nastroje, że [po posiłku] byli gotowi do drogi zanim jeszcze wydałem rozkaz i ochoczo stwierdzili, że gotowi są maszerować [nawet] do Budy, jeśli będę im tylko serwował takie przysmaki.
Jest to chyba pierwszy znany mi przypadek przekupstwa za pomocą omletu…


środa, 14 lutego 2018

Armia koronna w przededniu bitwy pod Gniewem



Adam Szelągowski w swojej pracy O ujście Wisły. Wielka wojna pruska[1] podaje ciekawą informację dotyczącą liczebności armii polskiej w bitwie pod Gniewem w 1626 roku. Pochodzi ona z relacyi z Polski z nawpół urzędowego źródła z d. 19 września 1626 roku, którą badacz znalazł w archiwum berlińskim. Liczby podane w tym źródle występują następująco:

Warto porównać je z ustaleniami Jerzego Teodorczyka dotyczącymi bitwy, oczywiście z odpowiednio ostrożnym podejściem do tego badacza.
1. Husaria – ilość i liczebność chorągwi pokrywa się z ustaleniami Teodorczyka, zawierając zarówno roty zaciężne (w tym litewskie), wojska powiatowe jak i prywatne.
2. Jazda kozacka i lisowczycy – łączna liczna chorągwi (w tym oddziałów lisowczyków, którzy oczywiście nie tworzyli pułków, tylko chorągwie właśnie) się zgadza (28), z powodu braku dokładnych danych Teodorczyk nie był w stanie ustalić łącznej liczebności oddziałów, stąd jego suma (3450 koni) jest niższa niż w podanym wyżej źródle
3. Dragoni oczywiście nie byli katafraktorami, taki zapis wskazywałby raczej na rajtarów, tych miały być jednak w początkowej fazie bitwy tylko dwie roty (łącznie 400 koni), już w trakcie walk dotarł regiment Abramowicza (400 koni). Co do dragonii – w bitwie na pewno walczył oddział Judyckiego (300-330 porcji), patrz kolejny punkt.
4. Piechota niemiecka – liczebność wydaje się zaniżona, pisałem o tym (a także o dragonach) w kontekście pracy Teodorczyka tutaj.
5. Piechota węgierska – czy raczej węgierska, polska i iitewska, której nieco miejsca poświęca Teodorczyk. Z powodu braku źródeł nie wymienił on liczebności niektórych chorągwi prywatnych, porównując więc z „berlińskim” źródłem jego kalkulacje całości piechoty mogą więc być zaniżone.
6. Szlachta ziemi chełmińskiej – zamieszczałem już na blogu wpis mówiący o jej popisie z 21 sierpnia.
Swoją drogą ciekawe, czy owa relacja wymienia nazwiska rotmistrzów chorągwi czy tylko ogólne informacje? Niestety bardzo ogólny przypis źródłowy w pracy Szelągowskiego raczej nie pozwoli na znalezienie odpowiednego dokumentu (jeżeli przetrwał on drugą wojnę światową). Niemniej jednak spróbuję, w końcu napisanie jednego maila nie kosztuje zbyt wiele czasu i energii.


[1] Była to trzecia część z cyklu Sprawa północna w wiekach XVI i XVII.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Słownik Wörtear-Büchleina



W dzisiejszym wpisie bardzo ciekawe znalezisko z odmętów Academia.edu. Chodzi mianowicie o niemiecko-szwedzko-polsko-łotewski słownik wydany w Rydze w 1705 roku. Jego specjalną edycję przygotowali w 2010 roku Lennart Larsson, Bo Andersson, Włodzimierz Gruszczyński i Peteris Vanags. Rzecz niezwykle interesująca – zarówno jako materiał źródłowy jak i jako przykład współpracy badaczy z różnych krajów. Całość tekstu można znaleźć tutaj.

niedziela, 11 lutego 2018

Historyk o(d)powiada...Andrzej Rachuba



W dzisiejszym odcinku odpowiedzi na moje blogowe pytania zgodził się udzielić prof. dr hab. Andrzej Rachuba. Biogram p. Profesora można przeczytać na wiki, polecam także listę publikacji na stronie Instytutu Historycznego PAN – mnóstwo niezwykle interesujących pozycji, zwłaszcza jeżeli ktoś jest zainteresowany XVII-wieczną armią litewską. Zapraszam do lektury:

W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Zainteresowanie historią zaczęło się u mnie bardzo wcześnie, pod wpływem czytanej mi przez Rodziców „Trylogii” Henryka Sienkiewicza, którą dokończyłem czytać już sam, gdy poszedłem do szkoły podstawowej. Od razu więc też zainteresowanie moje skoncentrowało się na XVII w., co pogłębiałem lekturami prac Zbigniewa Wójcika, Władysława Czaplińskiego, Adama Kerstena. Potem zaciekawiłem się starożytnością (czyny Aleksandra Wielkiego, bohaterscy Spartanie, Hannibal – jak widać pasjonowały mnie przede wszystkim, jak zapewne większości chłopców, wydarzenia wojenne i polityczne, wielcy wodzowie, armie), wreszcie czasami Napoleona (znowu głównie wojny, wielcy dowódcy). Chyba na końcu zaczęła się moja przygoda z II Wojną Światową, ale głównie przez pryzmat wojen na morzach, w przestworzach i broń pancerną. To było już w szkole średniej (chodziłem do liceum pedagogicznego, by zostać nauczycielem historii) i gdy zacząłem studia w Instytucie Historycznym UW miałem początkowo ogromny dylemat, o czym będę pisał pracę magisterską, w czym się specjalizować? Pierwsze lata studiów wyleczyły mnie definitywnie z zainteresowaniami starożytnością, Napoleonem i II Wojną. Postanowiłem zdecydowanie pozostać przy czasach wczesnonowożytnych (XVII w.) i zapisać się na seminarium Prof. Jaremy Maciszewskiego oraz Prof. Stanisława Herbsta. Niestety, w tym roku, gdy musiałem wybrać seminarium magisterskie ten pierwszy nie przyjmował nowych chętnych do pisania pod jego kierunkiem pracy magisterskiej, a drugi wkrótce zmarł. Ostatecznie więc, idąc za kolegami z akademika, zapisałem się na jedyne ówczesne seminarium nowożytne, które właśnie otworzył doc. dr hab. Tadeusz Wasilewski, a zatytułowane ono było „Wielkie Księstwo Litewskie i Podlasie Koronne w czasach nowożytnych”. Tak zupełnie przypadkowo zostałem lituanistą, o której to Litwie przedtem wiedziałem bardzo mało. Dzięki memu opiekunowi dość szybko wgłębiłem się jednak w problematykę litewską i napisałem z tego zakresu pracę magisterską. Już wówczas też zacząłem marzyć o dalszej pracy naukowej, która wydawała mi się niezwykle pasjonującą, wspaniałą, odpowiadającą mej osobowości. Mój Mistrz sam zaproponował mi wówczas pisanie pod Jego kierunkiem rozprawy doktorskiej.

Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Z pewnością specjalną „sympatią” darzę mego pierwszego bohatera w pracy naukowej, a był nim Paweł Jan Sapieha, ostatecznie wojewoda wileński i hetman wielki litewski, którego postawie w latach 1655/56 zająłem się w pracy magisterskiej. Nie był wybitnym wodzem, do najwyższych godności w Wielkim Księstwie Litewskim doszedł trochę przez przypadek (wymarcie głównej linii rodziny), ale potrafił bezwzględnie wykorzystać wszystkie okazje, by do owych godności dojść, by Sapiehowie zdobyli hegemonię na Litwie. Nie do końca mu się to udało, ale jego synowie zrealizowali ów cel. Za tym poszło w ogóle zainteresowanie Sapiehami, właśnie synami Pawła Jana – Kazimierzem Janem i Benedyktem Pawłem, ale także właściwym twórcą potęgi tej rodziny – Lwem, jego synem Kazimierzem Leonem i innymi.

Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Nigdy w tych kategoriach nie myślałem o postaciach historycznych. Niewątpliwie jednak chciałbym być „przyjacielem” mego wymienionego wyżej bohatera, bo choć wiem bodaj o nim wszystko, co można w świetle źródeł pisanych i opracowań uzyskać, to brak mi wielu informacji o jego planach, przemyśleniach, reakcjach na dopadające go szczęście i porażki, życiu rodzinnym etc.

Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Dumny chyba nie jestem z żadnej publikacji, ale zadowolony z prac o miejscu Wielkiego Księstwa Litewskiego w systemie parlamentarnym Rzeczypospolitej i o konfederacjach wojska litewskiego w latach 1655–1663. Myślę, iż udało mi się wnieść trochę nowych ustaleń i pomysłów do wiedzy o ówczesnej Litwie, jej ludziach, instytucjach. Radość przynoszą jednak także cykle książek o urzędnikach WKsL, o deputatach Trybunału litewskiego, o rejestrach podymnego, edycje kilku pamiętników. W sumie owych publikacji jest prawie 30, więc też trudno z wszystkich się równie cieszyć.

W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Bez wątpienia najwięcej zawdzięczam naukowo memu wspaniałemu śp. Mistrzowi, Profesorowi Tadeuszowi Wasilewskiemu, który nie tylko zaraził mnie miłością do dawnej Litwy, ale i pokazał, jak należy pracować, czym sie kierować w badaniach. Równie wspaniałym nauczycielem, ale też zupełnie wspaniałym Człowiekiem, o ogromnej erudycji i wyjątkowo ciepłemu, pełnemu wyrozumiałości podejściu do młodych badaczy, był też już nieżyjący mój wieloletni Szef w Instytucie Historii PAN – Profesor Ryszard Kiersnowski. Duży wpływ na moją naukową karierę miał bez wątpienia Prof. Zbigniew Wójcik, ale miałem też przyjemność poznać Profesorów Stanisława Alexandrowicza, Juliusza Bardacha, Władysława Czaplińskiego,  Adama Kerstena, Janusza Tazbira, Jana Wimmera, a z żyjących Wiesława Majewskiego i Henryka Wisnera. Każdy z nich w jakimś stopniu miał wpływ na moją twórczość.

Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Zalecam korzystanie z tych mediów ostrożnie, z umiarem i nieufnością. Sam zawsze tak postępuję, bo też korzystam z niektórych blogów internetowych, które uznałem za wiarygodne, interesujące poznawczo, bo poszerzające moją wiedzę, raczące mnie dyskusjami (a one są zawsze niemal ważne). Bez tzw. kadzenia (bo z natury wolę krytykę niż chwalenie) mogę stwierdzić, iż jednym z takich interesujących, wykorzystywanych przeze mnie od lat, blogów jest Kadrinazi, bo znajduje się tu sporo materiałów do armii litewskiej XVII w., którą bardzo się interesuję zawodowo. Korzystam też z Biblioteki kresowej, potyczek z genealogią, milhist.info. i kilku innych projektów internetowych. Gorzej jest już z Wikipedią.

Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Ciężko pracować, nie zrażać się, dobrze przemyśleć, czy rzeczywiście jest to zawód, któremu chcesz się poświęcić na resztę życia. Jeśli tak, to potrzebna jest cierpliwość, pasja, uczciwość i bezkompromisowość, szukanie „dziury w całym”, ciągłe pogłębianie wiedzy. Ważne jednak, by nie zagubić się tylko w nauce, bo ważna jest, jeżeli się ją ma, przede wszystkim rodzina!

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Problemem jest przede wszystkim brak wolnego czasu, bo praca naukowa zajmuje mi do kilkunastu godzin dziennie (oczywiście nie zawsze, bo są jeszcze liczne zebrania, posiedzenia, komisje, sesje etc.). Bardzo lubię jednak oglądać mecze piłki nożnej, zwiedzać, czytać książki (niestety, historyczne), czasopisma (przede wszystkim „Piłkę Nożną” oraz historyczne i genealogiczne), posłuchać odprężającej, dobrej muzyki (lubię bardzo różne gatunki: poważną, ale głównie operową, rock, fado, country, gospel, latino).


piątek, 9 lutego 2018

Jak baby właśnie, albo raczej kur­wy



Samuel Maskiewicz w swoim Diariuszu przedstawia bardzo ciekawy opis kampanii 1618 roku pod Oryninem, gdzie wojskom koronnym nie udało się powstrzymać najazdu tatarskiego. Pamiętnikarz nie szczędzi słów krytyki pod adresem magnatów kresowych, skonfliktowanych z hetmanem Żółkiewskim. Pozwolę sobie zacytować dłuższy fragment z Maskiewicza, dobrze ukazujący bolączki towarzyszące obronie granic koronnych.

Obóz nasz pod Oryninem w Podolu albo w Wołoszech. Hetman koronny Stanisław Żółkiewski w obozie głową. Niezgoda i niedufhość między panięty ukrainnymi a hetmanem stąd [jak] się ludzie domyśli-wają, że jakoby hetman nie życząc księciu Koreckiemu w Wołoszech sławy i zwycięstwa przeszłego roku, sobie ten regiment przywłaszcza­jąc, do którego go uprzedził Korecki, spraktykował wojsko, którzy właśnie, kiedy się bić przyszło, odstąpiło go i na mięsne go jatki wy­dało, że się musiał w ręce nieprzyjacielowi dostać i był więźniem cesarza tureckiego z tym hospodarczykiem, co go prowadził na pań­stwo, i z matką jego, którzy snadź się i poturczyli. A on dziwnym spo­sobem z tego niepodobnego więzienia wyszedł i żonę wyswobodził.
Jego też hetman chciał właśnie, bo miał przy sobie Hauryłaszka, syna Bogdanowego, który był po Weremieju, bracie swoim, za niedojściem lat syna jego, hospodarem, i tego chciał hetman wsadzić na ho-spodarstwo wołoskie, a nie Weremejowego syna. I obawiał się snadź, aby mu za tą okazją z Tatary figlu Korecki nie wystroił, bo miał ludzi niemało z sobą. Do tego książęta Zbarascy, Wiśniowieccy, Sieniawski, Czartoryscy, którzy osobami swymi w obozie byli, nie chcieli się pod regiment hetmański podać mając tak piękne i chętne wojsko, że nie tylko potęgą równać z nieprzyjacielskim mogli, ale w liczbie ledwo nie tak wiele, jako nieprzyjacielskiego, naszych się liczyło. Żal się Panie Boże takiej niezgody, na którą nieprzyjaciel patrząc tak w górę wyniósł i znieważył naszych, że śród białego dnia mimo obóz nasz ru­szywszy się i poszedł w ziemię dalej na mil 30 za obóz. A nasi nie ja­ko rycerscy ludzie [zachowali się], ale baby właśnie, albo raczej kur­wy. Z obozu nie śmiał żaden wystąpić do nich. Niesłychana, ach i ża­łosna nowina do obozu mężom o zabranie żon, dzieci, synom ojców, matek, braci, sióstr przyniesiona. Żałośniejsza sowito i niewypowie­dzianie, kiedy oczyma swymi patrzali z obozu na nie. Ano nieprzyja­ciel pędzi, prowadzi ciężko narzekających, a o ratunek tylko Boga sa­mego wołających, w nieznośną niewolą. Nie był tam tak cnotliwy mąż, syn, brat, aby jeśli nie w nieprzyjacielu, tedy w wodzu samym, za którego sprawą o taką szkodę przyszli, szablę utopił.



wtorek, 6 lutego 2018

Kadrinazi radzi i odradza - cz. XV


Dawno nie było żadnej recenzji, dziś pora to nadrobić. Kilka miesięcy temu szukając w internecie informacji o Chanacie Kałmuckim, natknąłem się na bardzo ciekawą pracę. Chodzi o Where two world met. The Russian State and the Kalmyk Nomad, 1600-1771, autorstwa Michaela Khodarkovsky’ego, a wydaną w 1992 roku. Temat wydawał mi się bardzo zajmujący, a książka faktycznie nie zawiodła. Przyjrzyjmy się najpierw nieco samej strukturze pracy, później kilka zdań ogólnego komentarza.

Książka składa się z siedmiu rozdziałów i kilku dodatków. Pierwszy rozdział to wprowadzenie w historię i kulturę Kałmuków (Ojratów), strukturę ich państwa i plemion, sztukę wojenną i religię. W drugim rozdziale Autor opisuje wzajemne postrzeganie między Kałmukami i Rosją. Rozdział trzeci to historia przybycia Kałmuków na stepy na północy Morza Kaspijskiego, wyparcia stamtąd plemion tubylczych i początków relacji z Moskwą. W kolejnym rozdziale zapoznamy się z dojściem do władzy najsłynniejszego i najpotężniejszego z władców Chanatu  -Ajuki (Ayuki) Chana.  Rozdział piąty mówi o niełatwych sojuszach tego władcy z Moskwą, w okresie 1697-1722. W rozdziale szóstym widzimy stopniowo pogłębiający się kryzys Chanatu, w latach 1722-1735. Rozdział siódmy to postępująca kolonizacja moskiewska i tragiczny exodus Kałmuków, uciekających do Dżungarii  w Chinach.

Jeżeli chodzi o dodatki, mamy obszerny aneks będący tłumaczeniem negocjacji pomiędzy posłem moskiewskim a kałmuckimi wodzami w 1650 roku. Dodatkowo mamy także listę władców kałmuckich, a także chanów rządzących Ojratami pozostały w Dżungarii.  Lekturę ułatwiają cztery mapy, ukazujące regiony w których rozgrywały się opisywane wydarzenia. Na końcu pracy możemy także znaleźć słownik wyrażeń mongolskich, kałmuckich i rosyjskich, używanych w tekście.

Autor opiera się o źródła tureckie i rosyjskie – głównie drukowane, chociaż mamy kilka odnośników do archiwów tureckich ze Stambułu. W bibliografii znajdziemy także kilka źródeł z końca XVIII/początku XIX wieku, napisanych w języku niemieckim.  Wśród użytych opracowań gros to te w języku rosyjskim, jest tam też kilka opracowań wydanych po angielsku.

Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem, Autor sprawnie lawiruje pomiędzy skomplikowanymi zależnościami plemienno-państwowymi Chanatu i jego sąsiadów. Czytelnik ma okazję zapoznać się z niezwykle fascynującymi i mało znanymi wydarzeniami z XVII i XVIII wieku, obserwując Kałmuków lawirujących pomiędzy Moskwą, Tatarami i resztą wojowniczych sąsiadów. Khodarkovsky z dużą dozą szczegółów przedstawia nam historię fascynującego tworu państwowego, jakim stał się Chanat Kałmucki. Prowadzi nas  przez cały okres jego istnienia, aż do upadku pod wpływem zwiększającego się naporu ze strony Moskwy. Widzimy więc zarówno „małą wojnę” prowadzoną na stepach, próby użycia Kałmuków w moskiewskich kampaniach wojennych (w tym także na Ukrainie), ale i negocjacje dyplomatyczne i zmieniającą się sytuację geopolityczną regionu. Mimo że stepowe państwo Kałmuków istniało przez relatywnie krótki okres czasu, odegrało ważną rolę w  regionie, lektura niniejszego książki zdecydowanie pozwoliła mi na wypełnienie specyficznej „białej plamy” w mojej wiedzy.

Końcowa ocena [według rankingu: trzeba mieć – można mieć – lepiej odpuścić – zdecydowanie unikać] to zdecydowane trzeba mieć jeżeli ktoś jest zainteresowany historią regionu. Bardzo niszowy temat, ale ciekawie zaprezentowany i warty lektury.



niedziela, 4 lutego 2018

Historyk o(d)powiada... Sławomir Augusiewicz


W dzisiejszym odcinku cyklu miło mi powitać dra hab. Sławomira Augusiewicza z Instytutu Historii i Stosunków Międzynarodowych UMW.  Obszerną listę publikacji mojego gościa można znaleźć na stronie Instytutu, przypominam także o recenzji pracy Przebudowa wojska pruskiego…, którą zamieściłem na blogu. A teraz zapraszam do lektury:

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Od kiedy pamiętam zawsze interesowała mnie przeszłość, ta "najbliższa", mojej miejscowości (do dziś zbieram informacje o jej przeszłości) i ta "dalsza", o której lubiłem czytać. Zapewne duży wpływ na to miała rodzina, zwłaszcza tata, miłośnik historii, który umiał opowiadać nie tylko o wydarzeniach znanych z lektur, ale i o przeżyciach  własnych i swego ojca, a mojego dziadka, uczestnika wojny z bolszewikami w 1919 roku (potem był w niewoli), którego niestety bardzo słabo pamiętam. Jako dziecko słuchałem, nawet próbowałem już coś notować, wspomnień drugiego dziadka, żołnierza batalionu balonowego z Legionowa, o Wrześniu 1939. Że będę chciał zawodowo zajmować się historią wiedziałem już wybierając się do liceum, choć bardziej widziałem siebie w roli nauczyciela, niż badacza.

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Jeśli mam wskazać jedną, to Bogusław Radziwiłł. Ulubioną nie w sensie szczególnej sympatii do tej osoby, bo podzielam dotychczasowe oceny historiografii i zgadzam się z Hanną Malewską, że to była, (cytuję z pamięci): "kanalia, choć utalentowana i nie pozbawiona wdzięku". Niemniej dużo satysfakcji sprawiają mi badania nad tą postacią.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
O, gdyby to było możliwe..... . Tylko przy takich możliwościach co robilibyśmy jako historycy. Ale spróbuję: typ nr jeden to ów Anonim, który napisał kronikę o pierwszych Piastach i o Bolesławie Krzywoustym. Bardzo lubię i często wracam do tego źródła, w którym pełno zagadek, a kronikarz często się droczy z nami, dając do zrozumienia, że wie wiele więcej niż napisał. Nigdy nie zajmowałem się tym okresem badawczo, ale hobbystycznie lubię czytać o nim. A z "mojej dziedziny", jeśli w ogóle chciały by ze mną rozmawiać takie persony, to chętnie poznałbym Bogusława Radziwiłła i Wincentego Gosiewskiego, ale chyba przede wszystkim Gabriela Wojniłłowicza. Wiele czasu poświęciłem badaniom nad iście "kmicicową" biografią tego wybitnego oficera jazdy koronnej z połowy XVII wieku, a i tak udało się wyświetlić z niej jedynie 16-letni okres po 1648 roku. Jakiś czas temu zdecydowałem się podsumować wyniki badań i opublikowałem artykuły poświęcone jemu i linii rodu, z której pochodził. Ciągle trafiam na informacje o nim, ale nie wnoszą nic nowego, zwłaszcza nie pomagają dowiedzieć się, co działo się z panem Gabrielem przed 1648 rokiem. Jednak niedawno natrafiłem na notatkę dowodzącą, że do początku XX wieku zachował się jego testament (kopia?), może prawidłowo go "namierzam", więc być może i bez rozmowy z rotmistrzem uda się jeszcze coś dodać do wcześniejszych ustaleń.

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Chyba jak każdy biorąc do ręki swoją świeżą publikację czuję satysfakcję z wykonanej pracy. Natomiast nie wiem czy z którejś mógłbym być w ogóle dumny, choć z pewnością są takie które miały znaczenie dla mojej drogi zawodowej. Na przykład monografia o bitwie pod Prostkami, długo się zastanawiałem, czy w ogóle powinienem się za nią zabierać. Nieco wcześniej wydałem już książkę o działaniach wojennych w Prusach Książęcych w czasie "potopu", w której był już rozdział o tej batalii. Jednak już po jej ukazaniu się natrafiłem w archiwum w Berlinie na protokoły komisji brandenburskiej wyjaśniającej przyczyny porażki 8 października 1656, wcześniej przez nikogo nie wykorzystywane. Długo rozważałem jak wprowadzić je do obiegu naukowego, wreszcie zdecydowałem się, jak się potem okazało chyba słusznie, ponownie "zabrać się" za Prostki i napisać osobną książkę na temat tej bitwy.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Jestem uczniem Profesora Jaremy Maciszewskiego i to bez wątpienia on ukształtował mnie jako historyka. Wiele zawdzięczam prof. Janowi Wimmerowi, którego miałem zaszczyt poznać osobiście, a który udzielił mi wielu cennych rad oraz prof. Mirosławowi Nagielskiemu. Duże znaczenie miała dla mnie znajomość z prof. Wiesławem Majewskim, który, za co jestem mu ogromnie wdzięczny, bardzo przyczynił się do mojego rozwoju jako historyka. Znaczący wpływ wywarli na mnie także prof. Marek Wagner, Jerzy Maroń, Andrzej Rachuba i Andrzej Kamieński, ich publikacje wysoko sobie ceniłem, stanowiły dla mnie wzór prac naukowych, a jednocześnie inspirowały.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Tak jak wśród "analogowych", klasycznych formach publikacji, tak i w internetowych są lepsze i gorsze. Wśród "papierowych" czasopism naukowych czy publicystycznych, czy też w księgarni, także nie sięgniemy po każdą pozycję. Z tym, że powszechna dostępność sieci dla osób publikujących sprawia, że mnogość tych publikacji w większym stopniu nie przekłada się na ich jakość. A największe chyba grono odbiorców to ludzie młodzi, nie zawsze potrafiący krytycznie odbierać podawane  w ten sposób treści historyczne, łatwość dostępu zaś sprawia, że częściej zaglądają do internetu, niż biblioteki. Wydaje mi się, że w tym tkwi największy problem.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Przede wszystkim powinni mieć dużo cierpliwości i wytrwałości. Historyk spędza dużo czasu w archiwach i bibliotekach, potem na opracowywaniu materiałów. Choć teraz mamy wiele możliwości związanych z kopiowaniem zarówno rękopisów, jak i publikacji, można ich coraz więcej znaleźć w sieci internetowej, która ułatwia również obieg informacji, to i tak historyk musi swoje "odsiedzieć".

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Nie mam jakoś specjalnie zorganizowanego czasu wolnego. Z reguły to czas dla rodziny, choć od kiedy synowie udali się na studia rzadko są w domu. Lubię powieści kryminalne, jestem kibicem (nie tylko piłki nożnej), jeszcze niedawno rzetelnie chodziłem na każdy mecz miejscowego Stomilu Olsztyn, ale teraz coraz częściej poprzestaję na oglądaniu transmisji.



czwartek, 1 lutego 2018

Zbiory Riksarkivet dostępne (od dzisiaj) za darmo


Jakiś czas temu wspominałem na blogu, że od 1 lutego Riskarkivet udostępni swoje zdigitalizowane zasoby za darmo. I ten piękny dzień wreszcie nadszedł - populacja fanów armii szwedzkiej podwaja się ;) Poniżej kilka przydatnych linków:
- popisy jednostek szwedzkich w okresie 1620-1723
- wyszukiwarka map
- armia i flota szwedzka w okresie 1680-1901
- wyszukiwarka portretów żołnierzy szwedzkich


wtorek, 30 stycznia 2018

Kariera pana Patricka

XVII-wieczny żołnierz mógł czasami mieć problem z połapaniem się w której armii (w danym momencie) służy. Idealny przykład to kariera naszego dobrego znajomego Patricka Gordona. Poniżej krótka ściągawka ukazująca jak często zmieniał barwy klubowe:

niedziela, 28 stycznia 2018

Historyk o(d)powiada... Konrad Bobiatyński


Jak co niedziela, pora na kolejną odsłonę cyklu z ‘wywiadami’ z historykami. Dziś na kilka pytań odpowie dr hab. Konrad Bobiatyński (1977), od 2006 r. adiunkt w Zakładzie Historii Nowożytnej Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie w 2001 r. obronił pracę magisterską, 2006 r. – doktorat, 2017 r. – habilitację. Listę najważniejszych publikacji dra Bobiatyńskiego można znaleźć na stronie UW, warto się z nią zapoznać jeżeli ktoś chciałby sobie uzupełnić historyczną biblioteczkę o ciekawe książki i artykuły.

1.W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią rozpoczęła się już dosyć dawno temu. Choć rodzice mają wykształcenie ścisłe (ojciec inżynier po politechnice, mama – informatyk), a w domu raczej nie było zbyt wielu książek historycznych, to nawet te nieliczne potrafiły we mnie rozbudzić pasję do poznania dziejów ojczystych. Pierwszy bogato ilustrowany komiks, zresztą o tematyce wojskowej, stworzyłem już w wieku 10 lat, namiętnie rysowałem też mapy dawnej Rzeczypospolitej (milion kilometrów kwadratowych zawsze działało na wyobraźnię!), jak i plany naszych wielkich zwycięskich bitew z XVI i XVII wieku. W szkole podstawowej i liceum był to jedyny przedmiot, który nigdy nie sprawiał mi żadnych trudności, a był prawdziwą pasją. Chyba już w drugiej klasie liceum zdecydowałem się ostatecznie na studia historyczne, choć – jako finalista i laureat olimpiady historycznej – miałem wstęp bez egzaminów na wszystkie kierunki humanistyczne. Ale cóż, często w życiu kierowałem się sercem nie rozumem, czego akurat w tym wypadku nigdy nie żałowałem.
Inna sprawa, to korzenie rodzinne, które zapewne w dużym stopniu zadecydowały, iż zająłem się historią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Moja rodzina pochodzi z okolic Sokala na Wołyniu, ale praszczur w 13 pokoleniu w 1620 r. za zasługi wojenne otrzymał od Zygmunta III nadania na Smoleńszczyźnie i w Newlu i przeniósł się na Litwę. Prawdziwym strażnikiem pamięci i świadkiem historii w mojej rodzinie był dziadek Zygmunt Bobiatyński, urodzony w 1908 roku w guberni witebskiej jako poddany cara Mikołaja II. Przeżył on naprawdę dużo i to nie tylko dlatego, że żył bardzo długo (zmarł w 2007 r. mając prawie 99 lat) – poprzez I wojnę światową, rewolucję bolszewicką, wojnę 1920 roku, a wreszcie kampanię 1939 roku, w której walczył jako oficer 19 pułku artylerii lekkiej i został ciężko ranny niedaleko od Radomia w miejscowości Ryczywół. Jego opowieściom na temat epoki, której kres przyniosła II wojna światowa, zawdzięczam z pewnością moje pierwsze litewskie pasje i zainteresowania, które dane mi jest teraz naukowo rozwijać.

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Jeżeli chodzi o czasy nowożytne, to chyba Jan Zamoyski – człowiek, który skupiał w sobie wszystkie cechy wybitnego męża stanu. Był dobrym dyplomatą, z reguły sprawnie radził sobie w polityce wewnętrznej. Bardzo cenię go jako dowódcę wojskowego, umiejącego prowadzić działania militarne w sposób metodyczny, przy zabezpieczeniu logistyki. Świetny organizator i gospodarz, charyzmatyczny patron dla swojej klienteli. Szkoda, że nie wybrano go na tron Rzeczypospolitej po śmierci Stefana Batorego.
Natomiast z hetmanów litewskich zdecydowanie najwyżej cenię Jana Karola Chodkiewicza.
Ale muszę tu dodać, iż epoka staropolska w dawniejszych czasach była tylko jedną z moich historycznych pasji. Zainteresowania czasami napoleońskimi, którym poświęciłem zresztą swój pierwszy artykuł naukowy, wynikały z ogromnej fascynacji postacią cesarza Francuzów i księcia Józefa Poniatowskiego. Do dzisiaj czytam mnóstwo książek poświęconych II wojnie światowej, a szczególnie Powstaniu Warszawskiemu, a moimi młodzieńczymi idolami byli żołnierze Szarych Szeregów – batalionów „Zośka” i „Parasol”, z których nielicznych zresztą dane mi było osobiście poznać.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Może Janusza Radziwiłła w obozach wojska litewskiego w 1655 roku pod Mohylewem, czy też Wilnem, aby poznać motywy decyzji o oddaniu Litwy pod protekcję Szwedów, decyzji która „zapewniła” mu miano jednego z największych zdrajców w historii Polski.
A może Michała Kazimierza Paca. W końcu biografista zawsze chętnie przepytałby bohatera swoich prac o tyle niejasnych szczegółów z jego życia. Czy rzeczywiście pojedynkował się z młodym Sobieskim o serce pewnej panny, co miało stać się zarzewiem ich późniejszej nienawiści? Czemu nigdy się ożenił? Czy przeżywał dylematy moralne, spiskując przeciwko Janowi III z elektorem brandenburskim i carem moskiewskim, czy też działania te uważał za patriotyczny obowiązek?

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
W sumie się ich zebrała już niemal setka. Do wielu z nich mam sentymentalny stosunek, bo kojarzą mi się z pewnymi ważnymi etapami życia i pracy naukowej. Moja pierwsza książka, napisana na bazie pracy magisterskiej (Od Smoleńska do Wilna. Wojna Rzeczypospolitej z Moskwą 1654-1655, wyd. „Infort”, Zabrze 2004), uchyliła drzwi do grona zawodowych badaczy epoki nowożytnej, a szczególnie wojskowości staropolskiej. Doczekała się potem kilku tłumaczeń na język białoruski i choć zdaję sobie doskonale sprawę, iż dzisiaj właściwie należałoby ją napisać na nowo, to stanowiła całkiem fajny debiut w ukochanym zawodzie i . Z kolei doktorat (wydany po dwóch latach jako książka Michał Kazimierz Pac – wojewoda wileński, hetman wielki litewski. Działalność polityczno-wojskowa, wyd. „Neriton”, Warszawa 2008) ugruntował moją pozycję zawodową, nie tylko jako historyka wojskowości, ale przede wszystko lituanisty i „de facto” zapewnił przyjęcie do pracy na Uniwersytecie Warszawskim. Oczywiście z czasem człowiek powinien się rozwijać i dlatego za dzieło zdecydowanie bardziej dojrzałe pod względem warsztatu naukowego i poziomu refleksji naukowej uważam moją ostatnią książkę, która stała się podstawą habilitacji (W walce o hegemonię. Rywalizacja polityczna w Wielkim Księstwie Litewskim w latach 1667-1674, wyd. „Neriton”, Warszawa 2016). Stosunkowo niewiele w niej historii wojskowości, bo tematem jest analiza litewskiej sceny politycznej w okresie od śmierci królowej Ludwiki Marii aż po początek panowania Jana III Sobieskiego,  mechanizmów funkcjonowania stronnictw magnackich oraz metod prowadzenia walki politycznej. Bardzo dumny jestem też z wydanej razem z kolegami w czerwcu monumentalnej pracy zbiorowej (Hortus bellicus. Studia z dziejów wojskowości nowożytnej), dedykowanej Naszemu Mistrzowi, a także z opublikowanego w niej artykułu, poświęconemu mojemu przodkowi Mikołajowi Bobiatyńskiemu, rotmistrzowi w armii koronnej za czasów Zygmunta III. Na temat jego życia zbierałem materiały przez ostatnie 15 lat. 

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
To niezwykle ciężko ocenić. Od ponad 20 lat jestem związany z Instytutem Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie najpierw studiowałem, następnie pisałem doktorat, a teraz już dwunasty rok pracuję na etacie naukowym. Jest to wspaniałe miejsce na ziemi, gdzie poznałem wielu wspaniałych ludzi. Mogłem tu jeszcze spotkać nieżyjących już dzisiaj wybitnych naukowców, jak Aleksander Gieysztor, czy też Antoni Mączak. Na studiach uczęszczałem na wykłady najlepszych polskich mediewistów i nowożytników (Henryk Samsonowicz, Karol Modzelewski, Tadeusz Wasilewski, Jacek Banaszkiewicz) i każdy z nich w jakiś sposób wpłynął na ukształtowanie moich zainteresowań naukowych. Umiejętności warsztatowe nabywałem z kolei na ćwiczeniach u młodego, niezwykle zdolnego pokolenia badaczy – Dariusza Kołodziejczyka, Michała Kopczyńskiego, Igora Kąkolewskiego – dzisiejszych tuzów naszej historiografii nowożytnej. Ale w tym miejscu chciałbym wspomnieć o dwóch osobach. Pierwsza to zmarły w 2006 roku prof. Jarema Maciszewski, z powodu którego ostatecznie wybrałem seminarium magisterskie poświęcone wojskowości staropolskiej (w grę wchodziło jeszcze średniowiecze). Był to człowiek ogromnej wiedzy, erudycji, charyzmy, przedwojennej kultury. Można powiedzieć, ostatni epigon szlacheckiej Rzeczypospolitej, który zarażał młodych ludzi swoimi pasjami, jak również hipnotyzował opowieściami ze swojego barwnego życia. Razem z nim seminarium prowadził młody wówczas prof. Mirosław Nagielski, mój późniejszy Mistrz. Od razu zaimponował nam ogromną energią, optymistycznym podejściem do życia, przyjacielskim stosunkiem do studentów, a także warszawską gwarą, którą się biegle posługiwał. Z czasem udało mu się skupić wokół siebie całkiem liczną grupę młodych osób, które od kilkunastu lat stopniowo pną się na szczeblach kariery naukowej. Są w tym gronie m.in. mój najbliższy towarzysz w badaniach nad dziejami Wielkiego Księstwa Litewskiego (Krzysztof Kossarzecki), koledzy z tego samego roku studiów (Przemysław Gawron, Andrzej Majewski), Piotr Kroll, Dariusz Milewski, Andrzej Haratym – osoba niezwykłej wiedzy, ale i oryginalności, a także przedstawiciele młodszego pokolenia, jak Andrzej Przepiórka, Zbgniew Hundert, Zbigniew Chmiel, czy też Karol Żojdź.
Na koniec chciałbym wspomnieć, iż wielkim autorytetem dla mnie jako lituanisty, jest prof. Andrzej Rachuba z Instytutu Historii PAN, najwybitniejszy żyjący badacz Wielkiego Księstwa, osoba o ogromnej wiedzy i ogromnym dorobku, który stanowi dla mnie wzór rzetelności naukowej.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Ja należę jeszcze do pokolenia, które w przeszłości nie korzystało raczej z takich zdobyczy techniki. Niewątpliwie cieszy, iż przyczyniają się one do popularyzacji wiedzy historycznej, niestety często spłyconej i pozbawionej jakiejkolwiek refleksji, czy też weryfikacji. Ale przyznam się, iż inaczej oceniam niektóre blogi internetowe, gdzie dosyć często można natknąć się na inspirujące dyskusje pasjonatów historii wojskowości, nie pozbawione wartości merytorycznej. Niegdyś śledziłem wpisy na blogach historyków rosyjskich, ostro i wytrwale dyskutujących na temat różnych aspektów wojny Rzeczypospolitej z Państwem Moskiewskim, aby uzupełnić swoją wiedzę na temat stanowiska historiografii naszego wschodniego sąsiada na temat niektórych interesujących mnie zagadnień.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Przede wszystkim należy zacząć od wszechstronnej nauki tajników warsztatu naukowego historyka, a dopiero później podjąć pierwsze próby pisarskie. A poza tym – praca, praca, jeszcze raz żmudna codzienna praca w archiwach i bibliotekach, bo dopiero po kilku latach obcowania ze źródłami rękopiśmiennymi historyk jest w stanie coś nowatorskiego wnieść do dotychczasowego stanu wiedzy. Do tego skrajny krytycyzm – i do źródeł, do własnej osoby i własnych dokonań, jak i głęboka pokora w stosunku do tajemnic przeszłości, którą dane nam jest się zajmować. A wreszcie życzę wyboru takich pól badawczych i tematów, które pozwolą na pełne rozwinięcie własnych pasji i znalezienie własnego miejsca w sztafecie pokoleń polskich historyków. Ale nigdy poprzez drogę na skróty, tak często wybieraną dzisiaj przez młode pokolenie.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Tutaj chyba jestem całkiem normalnym człowiekiem. Kocham wycieczki rowerowe, czy to po różnych ciekawych miejscach w Warszawie, czy też po podwarszawskich okolicach. Kiedyś kolejną miłością były góry, które jednak bardzo zaniedbałem w ostatnich latach. Liczne wyjazdy na kwerendy naukowe, czy też konferencje namiętnie wykorzystuję na poznawanie kolejnych turystycznych atrakcji, uwielbiam też wycieczki do krajów śródziemnomorskich, choć tu mam jeszcze dużo do nadrobienia. W domu lubię oglądać transmisje sportowe, przede wszystkim piłkę nożną, siatkówkę, piłkę ręczną, lekkoatletykę, skoki narciarskie, biathlon. A poza tym czasami, ale nie za często kino, częściej fajna książka, dobre jedzenie i spotkania z przyjaciółmi.


sobota, 27 stycznia 2018

O jeden pojedynek pięć dusz zginęło


Podczytuję sobie właśnie zbiór źródeł Kampania żwaniecka 1653 roku. Diariusze i relacje wojenne. Osoba redaktora – Dariusza Milewskiego – gwarantuje wysoki poziom edycji i naprawdę ułatwia odbiór XVII-wiecznych tekstów. Wśród zapisków dotyczących tej nieszczęsnej kampanii, znalazłem ciekawy zapisek dotyczący jednego z ulubionych tematów blogowych, czyli pojedynków. Oddajmy głos anonimowemu autorowi Krótkiej narratywy… który opisze nam krwawe przypadki z końca października:
P. Bolie [?] pokojowy ks. J.Mci pana koniuszego [Bogusława Radziwiłła] umarł. Był to cudowny i prawie casus: o jeden pojedynek pięć dusz zginęło. Bo ci jadąc na ks. J.Mci i ostał się był w Kamieńcu, gdzie z oficerem jednym z gwardyjej zostający[m] powadziwszy się i w gębę od niego wziąwszy, zabił go z pistoletu. Porucznik tejże kompanii wziął go zaraz za wartę, pistolet i szpadę odebrał i dopiero inarmatum, a wiedząc żeby ks. J.Mci pokojowy, bił, tłuk[ł] pistoletem w łeb pistoletem, aż się potrzaskał i jedną ranę walcem w łeb śmiertelną zadał. Książę J.M. dowiedziawszy się posłał [po] p. Boliego do Kamieńca, kilku dragonów, z których jeden z żołdatem się z tegoż regimentu zwadziwszy, zabił go, a jemu nazajutrz szyję ucięto. Bolie z rany umarł, a Kencissowi [?] porucznikowi szyję uciąć kazano.

I tak to książę Radziwiłł stracił pokojowego i dragona, a gwardia dwóch oficerów i jednego knechta.  A wszystko to bez udziału Kozaków i Tatarów, którzy byli nominalnym przeciwnikiem w tej kampanii…

środa, 24 stycznia 2018

Pałką w rajtara i knechta


Wpadły mi dzisiaj w ręce Slaktarebenck, czyli krwawe jatki księcia Karola Sudermańskiego[1], w (jak zwykle) stojącym na wysokim poziomie tłumaczeniu i opracowaniu Wojciecha Krawczuka. Tomik niewielki, acz bardzo ciekawy –jest to bowiem źródło opisujące konflikt Zygmunta III z Karolem Sudermańskim, pisane z perspektywy rojalistycznych emigrantów szwedzkich. Nic więc dziwnego, że Karol przedstawiany jest tam jako krwawy tyran i uzurpator. Zachęcając do kupienia tego źródła, pozwolę sobie przytoczyć (nader makabryczny) fragment dotyczący tzw. „wojny pałek” (Klubbekriget). W roli głównej fińscy chłopi, podburzeni przez wysłanników Karola przeciw Zygmuntowym rojalistom; rzecz dzieje się w 1595 roku:
Ten pierwszy bunt chłopów miał straszny przebieg. Napadli oni na Hansa Nilssona, dworzanina służącego królowi pod chorągwią upplandzką[2] z czterokonnym pocztem. Zabili go w noc Bożego Narodzenia, razem ze służącymi i innymi dworzanami będącymi w pobliżu, którzy nie zdążyli uciec. Pojmali ich i wrzucili pod lód, a kiedy ci chcieli się wydostać i chwycili się krawędzi przerębli, wtedy obcięli im ręce i bili ich po głowach pałkami. Dwóch dworzan zdołało jednak zbiec. Ostrzegli innych rajtarów, ci zebrali kilkuset jazdy i trochę knechtów do pomocy. Wtedy chłopi czmychnęli do lasu, uciekli jak zwykli czynić mordercy i rabusie. Udało się jednak złapać kilku przywódców, których łamano kołem i w taki sposób uśmierzono na razie ten bunt.
A to tylko wierzchołek góry lodowej, opisów mordów i  kaźni można tu znaleźć o wiele więcej. Nie ma to jak lektura na zimowe wieczory…



[1] Bardzo dziękuję p. Witoldowi Biernackiemu!
[2] Chorągiew została wysłana na leża zimowe do Finlandii, w celu osłony granic z Moskwą. 

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Amerykańskie muzea w obiektywie T. Hooga


W dzisiejszym wpisie mało tekstu, ale za to ile zdjęć... Na FB wrzuciłem kiedyś jeden z albumów fotograficznych T. Hooga, z ogromną ilością wspaniałych zdjęć uzbrojenia. Tym razem jeszcze lepsza uczta autorstwa tego samego fotografa, czyli objazd amerykańskich muzeów i ich kolekcji renesansowego uzbrojenia. Polecam stronę autora na flckr, jest tam jeszcze trochę miłych oku zdjęć. Do oglądania więc...

Po prostu uczta, nie dość że zdjęcia zrobione bardzo profesjonalnie, to jeszcze dokładnie opisane. 

niedziela, 21 stycznia 2018

Historyk o(d)powiada... Mariusz Balcerek


Niedziela rano, pora więc na kontynuację cyklu z naszymi ‘mini wywiadami’. Tym razem miło mi powitać absolwenta mojej Alma Mater. Mariusz Balcerek, ur. w 1979 r., doktor nauk humanistycznych w zakresie historii, absolwent historii i archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor monografii zatytułowanej: „Księstwo Kurlandii i Semigalii w wojnie Rzeczpospolitej ze Szwecją w latach 1600-1629” oraz paru artykułów naukowych. Interesuje się historią wojskową okresu nowożytnego, przede wszystkim konfliktami polsko-szwedzkimi w XVII w., a także dziejami Inflant oraz Księstwa Kurlandii i Semigalii. Od paru lat jest pracownikiem Działu Informacyjno-Bibliograficznego Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej – Książnicy Kopernikańskiej w Toruniu. Od 2011 roku pełni funkcję sekretarza i redaktora tematycznego czasopisma naukowego „Folia Toruniensia” poświęconego archiwistyce, bibliologii i informatologii.

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią zaczęła się od zabawy żołnierzykami. Pamiętam, jak będąc w zerówce dostałem figurkę husarza na koniu. Trudno teraz wyrokować, ale może to był początek. Za książki historyczne zabrałem w się szkole podstawowej. Wtedy pojawił się pomysł, aby swoją przyszłość związać z historią.

2. Która postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Gdybym miał wybierać, to zdecydowałbym się na postać hetmana litewskiego Krzysztofa II Radziwiłła. Był to jeden z niewielu ludzi, którzy stawili czoła sławnemu później szwedzkiemu królowi Gustawowi II Adolfowi w latach 1621-1622. Mimo tego osiągnięcia spotkała go niezasłużona krytyka, a później pominięcie przy awansie, co doprowadziło do rozstania z wojaczką. Dopiero dziesięć lat później na wojnie z Moskwą pokazał swoją klasę przyczyniając się walnie do odniesionego pod Smoleńskiem sukcesu.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Gdybym mógł cofnąć się w czasie i być świadkiem jakiegoś wydarzenia, to z chęcią obejrzałbym kilka bitew. Na tej liście na pewno znalazłyby się takie starcia jak: Kircholm, czy Wiedeń. Założę się, że każdy miłośnik nowożytnej historii wojskowej chciałby zobaczyć szarżę husarii Sobieskiego pod habsburską stolicą.

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Najbardziej dumny jestem ze swojej jedynej jak dotąd książki: „Księstwo Kurlandii i Semigalii w wojnie Rzeczpospolitej ze Szwecją w latach 1600-1629” (Poznań 2012)*

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Nie będę oryginalny jeśli wymienię swojego mistrza, profesora Bogusława Dybasia, pod okiem którego napisałem i obroniłem magisterkę i doktorat. Ta osoba ukształtowała mnie jako badacza. Na zajęciach u profesora pierwszy raz zetknąłem się z historią wojskową okresu nowożytnego i Inflantami, czyli zagadnieniami jakimi zajmuję się do dnia dzisiejszego.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Sam czytam internetowe blogi poświęcone historii wojskowej. Znajduję tam wiele ciekawych informacji i wskazówek. Zdarzają się świetne strony, ale natknąć się można również na słabe. Podobnie jest z tradycyjnymi książkami i czasopismami. Wszędzie niezbędna jest wiedza i postawa krytyczna.
W odniesieniu do memów i filmików YouTube’a o tematyce historycznej trudno mi się wypowiedzieć, gdyż słabo znam te nośniki informacji.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Czytać, czytać i jeszcze raz czytać. Nie ważne czy będą to rozprawy habilitacyjne, czy wpisy na internetowych blogach. Istotne jest, aby poszerzać swoją wiedzę i znajomość metod wykorzystywanych przez ich autorów.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
W wolnym czasie najbardziej lubię jeździć na rowerze. Jeśli nic mnie nie boli to próbuję biegać. Kiedyś miałem nałóg polegający na siedzeniu przed komputerem i graniem godzinami w gry strategiczne, ale go zwalczyłem.


*krótka recenzja na blogu - tutaj

piątek, 19 stycznia 2018

Twarde warunki najemników z Gryzonii


Znów odwiedzamy Republikę Wenecką, po raz kolejny z oddziałami najemników. Tym razem ciekawostka z kontraktu, jaki w 1571 roku zawarto z pułkownikiem Melchiorem Lusi, dowodzącym 6500 szwajcarskich piechurów z Gryzonii. Lusi był weteranem służby dla Republiki, zaciągając swoich rodaków już w 1560 roku. Helweci jak to Helweci, zadbali o specjalne warunki służby:
- zgodzili się na służbę w ‘zamorskich’ prowincjach Republiki, ale zagwarantowano im, że nie będą walczyć na morzu
- otrzymają premię za każde zwycięskie starcie w którym wezmą udział[1]
- nie będą brali udziału w działaniach oblężniczych
- zmuszeni do jakikolwiek prac fortyfikacyjnych, otrzymają premię za każde dwa dni kopania
Walcząca od 1570 roku z Turkami Republika była jak widać mocno zdeterminowana, żeby zaciągnąć owych piechurów, zgodzono się bowiem na wszystkie powyższe punkty.



[1] Kontrakt nie mówił o karach finansowych w przypadku porażek…

czwartek, 18 stycznia 2018

Węgrów w piekle nie masz i nie będzie


Przepyszna anegdota z połowy XVII wieku, tłumacząca dlaczego to (jakoby)w piekle nie ma Węgrów. Ciekawe ukazuje ona, jak widziano naszych sąsiadów w Polsce w tym czasie. Ubawiła mnie setnie, pozwolę więc sobie przytoczyć in extenso:

Jeden kaznodzieja węgierski, świadom będąc dobrze affektów i postępków swego ludu i narodu powiedział, że Węgrów w piekle nie masz i nie będzie, bo i ci, którzy tam byli, stamtąd wszyscy wyszli, a to takim sposobem. Naszło się niemało, owszem pełne piekło Węgrów, a najbardziej za zdrady, rozbojów i złodziejstwa; więc kto [do] czego nawykł, trudno poprzestać: toż Węgrowie działali  w piekle, [tak samo]  co i na ziemi: ludzi rozbijali, obdzierali, etc. Gdy częste skargi o to chodziły Lucypera, jął się bardzo frasować o nierząd takowy; zaczym zwoławszy rady piekielnej, to medium do pozbycia się złej zgraje wynaleźli. Kazano naprzód piekłu bić w bębny, chorągwie wystawiać, dardy wszystkie wytykać, służbę dobrą obwoływać. Co radzi bardzo Węgrowie słysząc a uprzedzając się do służby, jeden przed drugim wszyscy hurmem powypadali z piekła. Co widząc Lucyper, że ich już nie masz, co prędzej kazawszy piekło zamknąć, od tego czasu dekret taki wydał, aby tam żadnego więcej Węgrzyna nie wpuszczano dla złodziejstwa, wydzierstwa i rozboju. 

wtorek, 16 stycznia 2018

Po smoleńsku z wielkim hukiem


3 października 1633 roku król Władysław IV uroczyście wjechał do Smoleńska, symbolicznie kończąc moskiewskie oblężenie. Oczywiście walki z armią Szeina miały jeszcze trwać wiele miesięcy, niemniej jednak miasto było uratowane. W ciągu kilku dni rozpoczęły się negocjacje komisarzy królewskich z mieszkańcami i żołnierzami garnizonu – jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi oczywiście o pieniądze…
Całe negocjacje mogły się jednak, dosyć dosłownie, zakończyć z wielkim hukiem.  7 października doszło bowiem na zamku smoleńskim do eksplozji  która wstrząsnęła ‘dworem’ dowodzącego garnizonem Samuela Sokolińskiego.  Zginęło 11 ludzi, a tam za cudowną łaską Bożą pp. komisarz JKMci, którzy tam na likwidacyje długów podczas oblężenia zaciągnionych w tym dworze siedzieli, tego uszli, mało co przedtym z tego dworku uszedłszy. Sam Sokoliński ledwo uszedł z życiem, na czas wyprowadzając z miejsca wypadku gości i komisarzy.

Właśnie, wypadku, nie był to bowiem raczej efekt moskiewskiego ostrzału czy sabotażu. Zawinił raczej czynnik ludzki… Prochy tam robiono i przesuszano, nim je do cekhauzu zawieść miano, tam czyli pacholik z okna strzelił, czyli prochu na osobnej kupce próbował, nie wiedzą jako się zapuścił ogień, gdyż nikt nie uszedł stamtąd, któryby dać mógł wiadomość. 

niedziela, 14 stycznia 2018

Historyk o(d)powiada... Paweł Duda


Rozpoczęty tydzień temu cykl mini-wywiadów z historykami zajmującymi  się epoką spotkał się z dużym zainteresowaniem Czytelników, obiecuję więc co niedziela publikować nowy odcinek. 
Miło mi poinformować, że kilku znanych i lubianych specjalistów zgodziło się odpowiedzieć na moje pytania – chciałbym im wszystkim bardzo serdecznie za to podziękować.

Dziś zapraszam do rozmowy z Pawłem Dudą. Doktor nauk humanistycznych w zakresie historii, adiunkt w Za­kładzie Historii Nowożytnej XVI-XVIII wieku Instytutu Historii Uniwersytetu Śląskiego. Zajmuje się relacjami dyplomatycznymi między Rzecząpospolitą Oboj­ga Narodów a Stolicą Apostolską w pierwszej połowie XVII wieku, jak również polityką zagraniczną państwa polsko-litewskiego postrzeganą przez pryzmat nun­cjuszy apostolskich oraz rolą Rzeczypospolitej w wojnie trzydziestoletniej.

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Moja przygoda z historią zaczęła się bardzo wcześnie, bo już w wieku 5 lat. Pamiętam, że w 1987 roku Tata zabrał mnie i starszego brata na zamek do Będzina. Opowiadali mi o królach, rycerzach, zamkach, etc. Tak mnie to zainteresowało, że jeszcze tego samego wieczora znałem na pamięć poczet władców polskich. Gdy dzieci w przedszkolu rysowały autka i kwiatki, ja zapełniałem kartki bazgrołami, które w jakimś stopniu nawiązywały do historii – zamkami, rycerzami, etc. Co ciekawe – większość tych rysunków zachowała się do dnia dzisiejszego. W kształtowaniu tej pasji wspierała mnie rodzina. Rodzice kupowali mi „Przedszkolaka elementarz dziejów” - książeczki o tematyce historycznej dla najmłodszych, brat czytał trylogię przed snem, a ciotka – będąca nauczycielką historii opowiadał o Sobieskim. Później, gdy historia stała się jednym z przedmiotów szkolnych, rodzice starali się przekazywać mi treści, które wówczas wykraczały poza program nauczania. I tak to się kręciło. Po ukończeniu liceum, nie mając za bardzo pomysłu kim chcę zostać w przyszłości, zdecydowałem się na kierunek najbliższy moim zainteresowaniom i podjąłem studia historyczne na Uniwersytecie Śląskim. Długo powtarzałem sobie, że nie zostanę historykiem i interesuje mnie jedynie uzyskanie tytułu magistra, ale naturalną koleją rzeczy, historia, a właściwie jej nauczanie stało się wyuczonym zawodem, a ja zmieniłem podejście. Chyba wówczas, tzn. pod koniec studiów zrozumiałem, że chciałbym się tym zajmować zawodowo, a późniejsza sugestia pisania doktoratu tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła.

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Gdybym miał kogoś wskazać, postawiłbym na Zygmunta III Wazę. Chyba głównie dlatego, by oddać mu sprawiedliwość. Władca ten dotychczas nie miał szczęścia do historyków, którzy zazwyczaj oceniali go bardzo krytycznie, zarzucając mu gotowość do poświęcenia Rzeczpospolitej dla idei powrotu na tron szwedzki, uleganie wpływom Habsburgów, jezuitów i papiestwa, nietolerancyjność a przede wszystkim opór wobec koncepcji osadzenia syna Władysława Zygmunta na tronie moskiewskim. Taki sposób postrzegania Zygmunta III jest nadal bardzo popularny. Na szczęście od kilku lat można zauważyć odwrotną tendencję, u podstaw której leży szerszy dostęp do źródeł historycznych, również obcych. W efekcie postać króla z kolumny jest odbrązawiana. I bardzo dobrze, bo rzetelna analiza materiałów źródłowych pozwala stwierdzić, że był to władca świadomy swych celów politycznych, trzeźwo myślący, umiejący właściwie ocenić realia oraz racjonalny, niedziałający pod wpływem impulsu. W mojej subiektywnej ocenie był to jeden z lepszych władców polskich wybranych w systemie viritim, o ile nie najlepszy.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
W przypadku postaci historycznej odniosę się do poprzedniego pytania – niewątpliwie chciałbym poznać Zygmunta III, o ile by mnie dopuszczono przed oblicze władcy (śmiech). Poza tym jestem nuncjaturzystą i pracuję na materiale źródłowym wygenerowanym przez nuncjuszy apostolskich. Najwięcej miejsca oczywiście poświęcam tym, którzy urzędowali w Polsce, szczególnie w latach 20-tych i 30-tych XVII wieku. Znam ich korespondencję, na jej podstawie jestem w stanie pokusić się o pewien rys charakterologiczny, aczkolwiek byłoby przyjemnością móc osobiście poznać „obiekty” moich badań.
Gdybym miał wskazać jakieś wydarzenie historyczne, którego chciałbym być świadkiem, to jest ich kilka. Na czele tej listy umieściłbym przygodę trzech panów z oknem, czyli defenestrację praską i osławiony wjazd Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w 1633 roku.  

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Na razie z żadnej. Nie chciałbym, aby to zabrzmiało jakoś wyniośle, ale wierzę, że te najważniejsze publikacje dopiero przede mną. Póki co puściłem w świat kilka artykułów. Każdy opublikowany oczywiście jest w pewien sposób satysfakcjonujący, tym bardziej, że mój dorobek nie jest oszałamiający, ale dumą bym raczej tego nie nazwał.
Jeśli miałbym wskazać coś, to interesujący wydaje się być rozpoczęty na kartach „Studiów nad staropolską sztuka wojenną” (t. IV i V) cykl artykułów ukazujących jak dyplomacja papieska postrzegała wojnę polsko-szwedzką z lat 1626-1629, zatytułowany: „Wojna o ujście Wisły w relacjach i ocenie dyplomacji papieskiej” (obydwa udostępnione są na www.academia.edu). Konflikt ten, jego przebieg oraz uwarunkowania międzynarodowe szczególnie mnie interesują. Artykuły te mogą stanowić przyczynek do badań nad tym konfliktem, tym bardziej, że jak na razie, nie licząc cennej pracy Adama Szelągowskiego temat ten nie doczekał się rzetelnej monografii.
Obecnie szykuję do druku dwie prace. Pierwsza to monografia obrazująca stanowisko papiestwa wobec polskiej polityki zagranicznej w latach 1623-1635. Wierzę, że będzie to zwieńczenie pewnego etapu moich badań. Wszystko wskazuje na to, że praca ta ukaże się już jesienią tego roku. Druga to edycja źródłowa, a dokładnie korespondencja nuncjusza Santa Croce z lat 1628-1629, którą przygotowujemy wraz z dr hab. Henrykiem Litwinem w ramach serii Acta Nuntiaturae Polonae. Mam nadzieję, że również ta praca ukaże się pod koniec 2018 roku. Wówczas będę mógł udzielić innej odpowiedzi na to pytanie.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Faktycznie miałem przyjemność poznać kilku wybitnych badaczy. Z tego grona niewątpliwie największy wpływ na mnie wywarł mój mistrz prof. Ryszard Skowron. Był i nadal jest pierwszym moim prawdziwym nauczycielem. Miałem przyjemność uczęszczać do Profesora na seminarium najpierw magisterskie, a następnie doktoranckie, a obecnie Profesor jest moim przełożonym. Pod skrzydłami prof. Skowrona kształtowałem i nadal kształtuję swój warsztat. Jego prace, przede wszystkim „Olivares, Wazowie i Bałtyk”, a także „Pax i Mars”, ukazujące relacje między Rzeczpospolitą a Hiszpanią, pod względem warsztatowym stanowią dla mnie wzór do naśladowania. Ponadto cenię sobie wszelkie wskazówki i sugestie, jak również rozmowy, które prowadzimy na przeróżne tematy.
Jak już zostało zasygnalizowane od kilku lat mam przyjemność współpracować z dr hab. Henrykiem Litwinem przy wydawaniu Akt Nuncjatury Polskiej. Z tej współpracy także czerpie pełnymi garściami. Henryk posiada olbrzymią wiedzę odnośnie funkcjonowania dyplomacji, w tym oczywiście dyplomacji papieskiej oraz wzorowy warsztat. Wszelkie sugestie i wskazówki jakich mi udziela staram się uwzględniać w moich badaniach.
Duży wpływ odcisnęły na mnie prace innych nuncjaturzystów przede wszystkim prof. Teresy Chynczewskiej-Hennel oraz prof. Wojciecha Tygielskiego.
Cenię sobie również dokonania historyków z mojego zakładu (przyp. Uniwersytet Śląski, Instytut Historii, Zakład Historii Nowożytnej XVI-XVIII w.): dr hab. Aleksandry Skrzypietz, dra hab. Dariusza Rolnika i dr Aleksandry Barwickiej-Makuli.
Dużą inspiracją są dla mnie prace i działania historyków z mojego pokolenia, zwłaszcza: Przemysława Gawrona, Zbigniewa Hunderta, Wojciecha i Katarzyny Walczaków.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Niewątpliwie internet pozwala popularyzować historię i stwarza możliwości zaistnienia oraz dotarcia do szerszego kręgu odbiorców. Trzeba natomiast podchodzić do tego z dystansem, dużą dozą wybiórczości oraz pewnym rozeznaniem. To ostatnie z kolei może być tylko i wyłącznie wynikiem lektury źródeł i opracowań. Błędem jest przyjmowanie wszystkiego co znajdziemy w internecie jako prawdy objawionej, a niestety, głównie na podstawie komentarzy zamieszczanych na facebooku pod postami o tematyce historycznej, jestem w stanie stwierdzić, że to zjawisko się pogłębia. Jeszcze jakiś czas temu starałem się polemizować z różnymi poglądami, dotyczącymi panowania Wazów, dziś już raczej tego nie robię – uważam, że szkoda czasu. Memy o tematyce historycznej traktuję raczej z przymrużeniem oka. Mają one dla mnie głównie charakter humorystyczny i jestem jak najdalszy od czerpania wiedzy w ten sposób. Przyznam się, że filmów na You Tube raczej nie śledzę. Blogi są osobną kwestią. Rzetelnie prowadzone przez prawdziwych pasjonatów historii mogą stanowić inspirację. Śledzę poczynania kilku blogerów, którzy dzielą się swoją niebagatelną wiedzą na określony temat, np. kadrinazi.blogspot.co.uk (śmiech). Przyznam się, że sam też prowadzę bloga poświęconego historii lokalnej, ale na razie więcej nie zdradzę. Ostatnio wiele czasu spędzam przeglądając academię.edu. Fajnie, że coś takiego funkcjonuje.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Nawet kilka.
Po pierwsze – szacunek dla źródła i ustaleń innych historyków. Praca ze źródłem to jest fundament naszej pracy. Tworzenie czegokolwiek na podstawie tylko i wyłącznie opracowań naukowych jest jedynie kompilacją. Obecnie historycy mają większe możliwości, co związane jest z postępującym procesem digitalizacji archiwaliów, jak również coraz większą ilością edycji źródłowych na rynku wydawniczym.
Po drugie – cierpliwość i konsekwencja. W tym zawodzie nic nie przychodzi od razu. Solidne opracowanie konkretnego zagadnienia trwa. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, a przy tym konsekwentnie pracować. Kwestia ta dotyczy praktycznie każdego etapu pracy – od kwerendy, przez opracowanie źródeł, do tworzenia publikacji.
Po trzecie – skrupulatność i dokładność. Komunałem byłoby stwierdzenie, że musimy brać odpowiedzialność za swoje tezy. Na każdym etapie badań historycznych należy wszystko dokładnie sprawdzać, by nie postawiać pola do nadinterpretacji.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Ciężko w przypadku pracownika naukowego mówić o czasie wolnym. To jest praca, a raczej pasja, która nigdy się nie kończy. Wychodzę z pracy i dalej o niej myślę. Jestem raczej domatorem i jeżeli już znajdę wolną chwilę to staram się ją spędzić z żoną i synem. Oczywiście mam swoje pasje i zainteresowania. Odskocznią od historii nowożytnej jest dla mnie historia lokalna – dokładniej dzieje Zagłębia Dąbrowskiego oraz malarstwo impresjonistyczne. W naprawdę wolnym czasie układam puzzle – reprodukcje dzieł impresjonistów. Samo układanie puzzli w jakiś sposób nawiązuje do procesu badania historii, w którym z niewielkich fragmentów listów, depesz, etc. tworzymy ogólny obraz. Ułożone puzzle oprawiam w antyramy i wieszam na ścianach. Żona śmieje się, że mamy małe Musee d’Orsay w mieszkaniu.
Poza tym moje zainteresowania raczej nie odbiegają od ogólnych standardów. Lubię obejrzeć dobry mecz piłki nożnej. Czasem pogram w halówkę z kolegami z pracy. Lubię przeczytać dobrą książkę oraz obejrzeć film.