poniedziałek, 21 maja 2018

P. Boga nie znają, ani o nim wiedzą



W 1569 roku Jędrzej Taranowski wyprawił się z poselstwem do sułtana. Jako że ten wyruszył akurat z wyprawą wojenną na Astrachań, polski poseł chcąc nie chcąc musiał ruszyć jego śladem. Po drodze Taranowski przejeżdżał przez ziemie ordy nogajskiej, gdzie goszczono go kobylem mlekiem i mięsem końskiem i baraniem. Dyplomata zostawił po sobie bardzo ciekawy opis owych Tatarów, który chciałbym teraz przytoczyć. Taranowski wspomniał, że Nogajcy P. Boga nie znają, ani o nim wiedzą, cnoty ani czci u nich niemasz, kto duższy [potężniejszy] ten lepszy. 



sobota, 19 maja 2018

Konkurs Anno Domini 1666 - wyniki





Pora na rozstrzygnięcie konkursu dotyczącego Anno Domini 1666. Zacznijmy od podania poprawnych odpowiedzi:

1. Wiedeń
2. Obrońcy Rzeczpospolitej, Królewscy muszkieterowie, Mieszkańcy Wiednia, Zakon Złamanego Krzyża, Wysłannicy Wysokiej Porty
3. Tu zaliczałem zarówno śmierć cesarza Leopolda I jak i elekcję po jego śmierci.
4. Trzej Muszkieterowie Dumasa i Trylogia Sienkiewicza były najpopularniejszymi odpowiedziami.
5. Kurtyzana, Siostra Adelaida,  Milady de Winter, Esmeralda

Zgłoszenia konkursowe przysłało 16 osób, niestety 3 z nich najwyraźniej nie doczytały pytania drugiego, podając odpowiedź w typie Polacy, Kozacy, Francuzi – mimo że zaznaczyłem, że chodzi o pełną nazwę frakcji.

Wylosowani zwycięzcy to Marcin Zenon Woźniak i Stanisław Szombara – gratulacje! Obydwu panów zapraszam  na priwa na FB mojego blogu, proszę o podanie adresu i zaznaczenie który zestaw (3 polskich dragonów czy 3 francuskich muszkieterów) wybieracie.

Raz jeszcze dziękuję wszystkim za wzięcie udziału w konkursie!





środa, 16 maja 2018

Zaciągnijcie się, mówili (na modłę szkocką)



W XVII wieku stosowano różne metody by powiększać szeregi wojska. Słynna metoda zaciągu „z wolnego bębna” często nie była taka ochotnicza jak chciałoby się wierzyć. Dziś ciekawa anegdota znaleziona w pracy Jamesa Millera Swords for Hire. The Scottish Mercenary, pokazująca taki przykład ze szkockiego podwórka. 
W 1643 roku grupa jedenastu niedoszłych wojaków złożyła pisemne zażalenie do Tajnej Rady[1]. Ich skarga mówiła o tym, że wzięto ich siłą i zamknięto na zamku[2], gdzie tkwią teraz praktycznie umierając z głodu, [jako że ] pozbawieni [są] wszelkiej [materialnej] pomocy, a ich zony i dzieci zmuszone są [pod nieobecność mężów] do żebrania.
Tak poważnego pisma nie można było zlekceważyć, Rada wysłała więc swoich „inspektorów” na miejsce, do zbadania sprawy. W wyniku śledztwa zwolniono pięciu spośród autorów petycji, uznając że faktycznie zostali oni „zrekrutowani”  wbrew własnej woli.  Pozostała szóstka nie miała jednak takiego szczęścia – w świetle istniejących dowodów uznano bowiem, że są faktycznie ochotnikami i pozostawiono ich w zamku.


[1] Privy Council, ciało doradcze przy osobie szkockiego króla, pełniące de facto funkcję rządu.
[2] Blackness Castle, nad zatoką Firth of Forth.

wtorek, 15 maja 2018

Gorzkich i niestrawnych potraw przysłał mi król



Język dyplomacji potrafi być czasami nader zaskakujący, zwłaszcza kiedy używają go ludzie bardziej nawykli do szabli niźli do pióra. Nic więc dziwnego, że czasami możemy w historii znaleźć raczej nieoczekiwaną wymianą korespondencji, w której widać z trudem skrywany gniew czy pogardę. Znalazłem taki właśnie ciekawy list, datowany na 21 stycznia 1652 roku. Jego autorem jest Bohdan Chmielnicki, a adresatem pan którego wizerunek widzimy powyżej – wojewoda kijowski Adam Kisiel. Panowie dobrze się znali, nieraz przyszło im bowiem prowadzić wspólne negocjacje. Kozacki hetman skarży się tu na list który otrzymał od Jana II Kazimierza, pełen połajanek i napomnień. Wyraźnie dotknięty Kozak prosi więc o radę wojewodę, nie ukrywając też, że gotów jest wznowić działania wojenne. Bardzo ciekawy jest jednak język którego używa – od owych gorzkich i niestrawnych potraw, po wzmiankę o nadętości i częstych pogróżkach.
Żeby w pełni zrozumieć takie gorzkie żale Chmielnickiego, zerknijmy najpierw na list który otrzymał od króla:


A tu wspomniany na początku list do Kisiela:

Niestety wiemy że wszystko złe Lachom nie pozostało tylko w sferze pogróżek. Kika miesięcy po wymianie owych listów, doszło do bitwy pod Batohem, jednej z najgorszych klęsk armii polskiej w historii.

poniedziałek, 14 maja 2018

Anno Domini 1666 - konkurs



Informowałem ostatnio o nadchodzącej akcji crowfundingowej nowej gry ze stajni Wargamera Anno Domini 1666. Dla przypomnienia, 15 maja rozpoczyna się jednoczesna zbiórka na Kickstarterze i Wspieram.to.  Jako że z ekipą Wargamera znamy się nie od dzisiaj, postanowiłem zorganizować konkurs dotyczący gry. AD 1666 zapowiada się naprawdę świetnie - tak od strony mechaniki jaki przepięknych modeli. 

Zaczynamy dzisiaj, a konkurs potrwa do piątku 18 maja (do 23:50 czasu londyńskiego). Wśród osób, które udzielą prawidłowych odpowiedzi na wszystkie pytania wylosuję dwóch zwycięzców, którzy otrzymają  zestaw 3 metalowych modeli do gry Anno Domini 1666: polskich dragonów lub francuskich muszkieterów.  Dziękuję Wargamerowi za ufundowanie nagrody!

Przechodzimy do pytań:
1. W jakim mieście dziać się będą wydarzenia w podstawowej („pudełkowej”) wersji gry Anno Domini 1666?
2. Proszę wymienić przynajmniej trzy frakcje, którymi będzie można dowodzić w grze. Należy wymienić pełną nazwę frakcji, a nie tylko Polacy czy Francuzi…
3.Jakie hipotetyczne wydarzenie historyczne z 1666 roku leży u podstaw głównego wątku gry?
4. Autorzy gry czerpią pełnymi garściami z bardzo znanych powieści i filmów. Proszę podać dwa takie źródła inspiracji (np. tytuł książki czy filmu).
5. W grze  pojawi się także wiele przedstawicielek płci pięknej. Proszę podać nazwy trzech modeli żeńskich, którymi można będzie grać w czasie rozgrywek w Anno Domini 1666.

Odpowiedzi na pytania proszę przesyłać jako wiadomość prywatną na FB profilu mojego blogu.

Ogłoszenie wyników – w sobotę 19 maja (trudno mi jednak powiedzieć o której godzinie, ot urok pracy na nocną zmianę…).



niedziela, 13 maja 2018

Historyk o(d)powiada...Taras Kovalets



W dzisiejszym odcinku po razy pierwszy miło mi gościć historyka niepochodzącego z Polski, jednak naukowo bardzo z naszym krajem związanego. Na pytania odpowie dzisiaj Taras Kovalets, urodzony w 1989 roku w Czerniowcach na Ukrainie, doktor i pracownik Zakładu Historii Ukrainy Wydziału Historii, Politologii i Stosunków Międzynarodowych Czerniowieckiego Uniwersytetu im. Jurija Fed’kowycza, jednocześnie doktorant na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Autor kilkudziesięciu publikacji naukowych, m.in. „Konstytucja Jazłowieckiego hetmana z Buczacza z Kozakami zaporoskimi A. D. 1571. Nieznana uchwała pierwszej komisji kozackiej” (Kamieniec Podolski 2015), „Powstanie kozackie z lat 1637 i 1638 na Ukrainie w świetle mało znanych źródeł” (Bukareszt 2015) „Ten ród ludzi jest mieszany, z różnych nacji… Etniczne oblicze Wojska Zaporoskiego w latach 20-30. XVII w. (Kiszyniów 2013). Jego zainteresowania badawcze dotyczą wszystkich aspektów (acz najbardziej wojskowego) historii kozaczyzny zaporskiej od XVI do pierwszej połowy XVII wieku oraz historii Podola. Aktualnie pracuje nad rozprawą doktorską „Powstanie kozackie 1630 r.” pod kierunkiem prof. dra hab. Mirosława Nagielskiego. Kilka jego artykułów można znaleźć na Academia.edu


1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Odpowiedzieć na to pytanie  dość trudno, dlatego że postanowiłem zajmować się historią, a nie czymś innym jeszcze w liceum i dotychczas, tj. już od 17 lat nie zmieniłem swej decyzji, o czym właśnie tak nigdy nie żałowałem. Przenosząc się do tego momentu kiedy owa decyzja padła, przypominam, że były wakacje i chyba po raz pierwszy na chwilę zastanowiłem się, czym chcę zajmować się w tym życiu, i jakoś tak pierwszą na myśl przyszła historia, nawet nie historia ogólnie, lecz wczesno nowożytna, historia Kozaczyzny zaporoskiej. Ten moment właśnie wyznaczył moją pasję.

2. Która postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Może to zabrzmi dość dziwnie, jednak nie posiadam ulubieńców, rozumiejąc, że każda z postaci historycznych żyła i działała w ściśle wyznaczonych granicach swego historycznego kontekstu. Niektóre z tych postaci imponują mi jednak więcej od innych, byli to hetmani zaporoscy Petro Konaszewycz-Sahajdacznyj, Taras Fedorowycz oraz Dmytro Hunia, którzy potrafili zjednoczyć dojść różnorodne Wojsko Zaporoskie pod silną władzą oraz weszli do historii jako mądrzy strategowie i taktycy wojenni.

3. Może się Pan cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Pytanie to jest chyba najprostsze, oczywiście, że jeśli kiedyś wynajdą wehikuł czasu i zaproponują mi z niego skorzystać, chciałbym wrócić do maja 1630 roku i zostać naocznym świadkiem bitwy między wojskiem zaporoskim a koronnym pod Perejasławiem.

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Niewątpliwie jest to zbiór dokumentów wydanych niedawno pod tytułem "Projekt "Ukraina". Powstanie Wojska Zaporoskiego 1630 roku. Dokumenty i materiały", którego przygotowanie do edycji zajęło mi nie jeden rok i kosztowało dużo zdrowia.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Byli to dwaj wybitni historycy, najpierw po rozpoczęciu studiów na Czerniowieckim Uniwersytecie Narodowym poznałem bardzo utalentowanego historyka nowożytnika P.Dr.Andrija Fedoruka, któremu zawdzięczam wielkim wsparciem na każdym kroku moich badań historycznych, nauczył on mnie także myśleć krytycznie, niestandardowo, nieco później na Uniwersytecie Warszawskim zapoznałem się z P.Prof. Mirosławem Nagielskim, który całkowicie zmienił moje podejście do poszukiwań źródeł, wskazał wiele kierunków, właśnie  dzięki niemu udało mi się znaleźć bardzo dużo cennego i ciekawego w archiwach Polski i Ukrainy.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Oczywiście, zjawisko to jest dość kontrowersyjne, dlatego że podejście do historii w taki sposób jest bardzo zmienione, czasami całkowicie różni się od klasycznego. Główną metodą tutaj jest wychwytywanie czegoś nadzwyczajnego, szokującego, podniesienie historii, jakichś wydarzeń lub działalności pewnej osoby w takim świetle, żeby wyglądało to na jakiś thriller, coś zachwycającego. W pogoni za sensacją tacy youtuberzy często pokazują wiele rzeczy na swój sposób, tworząc całkiem wymyślone wątki, nową historię. Zdarza się to jednak dość rzadko, ogólnie biorąc, kanały popularyzujące historię działają w sumie bardziej efektywniej i efektowniej, zachęcając setki tysięcy ludzi do zwracania się do historii jako magistra vitae.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Nie opuszczać rąk, jeśli nie wszystko się udaje. Dobrze rozważyć, czym chcą się zajmować w historii.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Przesłuchiwanie audiobooków w różnych językach słowiańskich, bieganie, a najważniejsze - spędzenie czasu z rodziną.




Historyk o(d)powiada...Maciej Adam Pieńkowski


Z powodu problemów technicznych z blogu zniknął wywiad z Maciejem Adamem Pieńkowskim, doktorantem w Instytucie Nauk Historycznych na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych UKSW. Mojego gościa bardzo za to przepraszam, wrzucam więc  wpis raz jeszcze.

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Historią interesowałem się odkąd pamiętam. O historii dużo mówiło się w domu. Szczególną inspiracją był dla mnie dziadek – żołnierz AK, który wspominał wydarzenia związane z II wojną światową. Niemniej istotny był fakt, że historykiem jest moja mama, z którą często prowadzę ożywione dysputy historyczne. To ona stworzyła podstawy dla mojego przyszłego wykształcenia. Idąc na studia dysponowałem już pokaźną biblioteką historyczną, która wciąż się rozrasta (obecnie liczy ponad 700 woluminów). Do dzisiaj pamiętam jak zabrała mnie do kina na premierowy pokaz filmu „Ogniem i mieczem”; miałem wówczas 12 lat. Film wywarł na mnie ogromne wrażenie, tak, że od razu zostałem fanem sienkiewiczowskiej twórczości. O tym, że chciałbym się zajmować historią zawodowo pomyślałem jednak dopiero na studiach (jeśli dobrze pamiętam na IV roku). Nie była to jednak decyzja łatwa, bowiem naukowcy nie mają wcale lekkiego życia, głównie z powodu niepewności zawodowej. Prawda jest bowiem taka, że większość doktorantów nie zostanie na swoich uczelniach. Z drugiej strony muszę jednak zauważyć, że obecny system stypendialno - grantowy umożliwia młodym naukowcom życie na przyzwoitym poziomie.

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
To pytanie nie jest łatwe. Jest wiele postaci historycznych, które zasługują na szczególne wyróżnienie. W przeszłości fascynowali mnie Aleksander Macedoński, Harald Srogi i Napoleon. Gdybym jednak miał wskazać na jedną postać byłyby nią Zygmunt III. Monarcha, który uważany jest za władcę kontrowersyjnego, a wokół którego narosło wiele stereotypów.  Uważam, że niesława jaką „cieszy się” pierwszy z polskich Wazów nie jest zasłużona. Jego długie panowanie było wypełnione doniosłymi wydarzeniami.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Gdybym miał taką możliwość chciałbym poznać Zygmunta III i Jana Zamoyskiego, a także inne ważne osobistości sceny politycznej tego okresu (również z innych krajów europejskich). Z pewnością miałbym do nich długą listę pytań, ponieważ wiele kwestii wciąż pozostaje nierozwiązanych. Gdybym miał taką możliwość zobaczyłbym zamek Krzyżtopór w okresie jego największej świetności.

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
W swoim dorobku naukowym mam artykuły, recenzje naukowe i jedną książkę. Kilka publikacji jest jednak dla mnie szczególnie ważnych. Z pewnością istotne były te związane z działalnością sejmików. Pierwsza z nich dotycząca stosunku szlachty mazowieckiej wobec działalności Jana Sobieskiego, ukazała się kiedy byłem na I roku studiów doktoranckich. Artykuł ten stanowił dla mnie wprowadzenie do szerszego grona badaczy. Bardzo cennym doświadczeniem, przede wszystkim wydawniczym i redakcyjnym było opublikowanie przeze mnie w 2015 r. monografii o sejmikach mazowieckich wobec sytuacji wewnętrznej w Rzeczypospolitej (1661-1665). Napisanie tej pracy (przy współudziale Anny Pieńkowskiej) wymagało ode mnie dużego wysiłku, tym bardziej, że tematyka książki zupełnie odbiegała od moich badań w doktoracie. Jeśli miałbym jeszcze wskazać na inne publikacje, z pewnością byłyby to teksty opublikowane w czasopismach naukowych. Kamieniem milowym kariery zawodowej będzie jednak publikacja (miejmy nadzieję po szczęśliwej obronie) rozprawy doktorskiej Sejm koronacyjny Zygmunta III i pacyfikacyjny 1589 roku. Poświęciłem jej niemal 5 lat badań, i jak sądzę, wpłynie ona istotnie na postrzeganie tego okresu.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Rzeczywiście, w toku edukacji miałem przyjemność trafić na wielu wybitnych badaczy w swoich specjalizacjach. Studiując w Akademii Humanistycznej w Pułtusku zetknąłem się z prof. Izabelą Rusinową, prof. Pawłem Wieczorkiewiczem, prof. Janem Tyszkiewiczem, prof. Edwardem Potkowskim, czy prof. Jerzym Gąsowskim. Z kolei studiując na Uniwersytecie Wileńskim uczęszczałem na zajęcia prof. Bohdana Cywińskiego. Wszyscy oni mieli wkład w moją formację intelektualną. Największy jednak wpływ wywarli na mnie prof. Jan Dzięgielewski i prof. Mirosław Nagielski, co niewątpliwie wiązało się z moim pogłębiającym zainteresowaniem dziejami I RP. W szczególności pierwszemu z nich zawdzięczam rozwój warsztatu historycznego i poszerzenie horyzontu myślowego. Za jego sprawą zacząłem dogłębniej „przyglądać się” sprawom prawnoustrojowym i kulturze politycznej okresu staropolskiego.  Prof. Dzięgielewski należy do tego typu Mistrzów, którzy rzadko chwalą. To powodowało, że będąc już doktorantem cały czas starałem się równać do najlepszych. Mam również świadomość, że będąc jego uczniem wprost wywodzę się ze szkoły historycznej prof. Władysława Konopczyńskiego. Mistrzem prof. Dzięgielewskiego był bowiem prof. Jarema Maciszewski, który pozostawił w Pułtusku całą swoją spuściznę naukową. Poza tym mam cały czas kontakt ze swoimi kolegami i koleżankami z Akademii w Pułtusku, UKSW i UW, a także innych ośrodków naukowych; wciąż wymieniamy się doświadczeniami i wynikami badań.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Z pewnością internet jest potężnym narzędziem, umożliwiającym kreowanie postaw i wyrabianie opinii. W przypadku historii ma jednak charakter obosieczny. Z jednej bowiem strony po sieci krąży mnóstwo memów i filmików historycznych, które mogą skłaniać młodych ludzi do zainteresowania historią czy wzbudzać w nich uczucia patriotyczne, zaś z drugiej często materiały te mają charakter sensacji, powielają mity i „spłaszczają” obraz historii. Wielu ludzi bezrefleksyjnie powtarza treści przeczytane lub usłyszane w internecie, co niewątpliwie stwarza pole do głoszenia treści ahistorycznych.  W internecie jest ich cała masa, i sam próbuję walczyć z tym trendem. Stąd tak ważne jest, aby uwrażliwiać wszystkich na odróżnianie faktów od mitów. Niemniej uważam, że filmy na youtubie są potrzebne (w szczególności w sytuacji gdy nie najlepiej ma się współczesne polskie kino historyczne), powinniśmy jednak dążyć do tego, aby były one rzetelne i atrakcyjne dla odbiorcy, także zagranicznego. Często jest to jedyna możliwość dotarcia do szerszego grona ludzi.

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Radzę im nie bać się podejmowania wyzwań badawczych oraz krytycznego podejścia do historiografii. Praca historyka to 95% siedzenia a tylko 5% talentu.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Podróżować z żoną, spędzać czas ze znajomymi, grać w strategiczne gry PC, w szczególności z serii Total War (choć na to czasu nie mam wiele). Lubię również dobry film wojenny, fantasy i science-fiction. Mam sporo różnych zainteresowań: geopolityka, architektura, współczesna technika wojenna, astronomia.

wtorek, 1 maja 2018

Bo podłoga była za śliska



25 grudnia 1649 roku w Warszawie zmarł Adam Kazanowski, marszałek nadworny koronny. 13 stycznia 1650 roku wyprawiono mu uroczysty pogrzeb w kościele świętego Jana. Jak to opisał Stanisław Oświęcim:
Odprawował się pogrzeb (…) piękną apperencyą w prowadzeniu ciała, koni powodnych pięknie ubranych, osoby giermka i inszych okoliczności do tego aktu należących i z niemałym kosztem, lubo więtszego potrzebowały tak znaczne bogactwa i zbiory nieboszczykowskie, od domu swego własnego iniuste oddalone a żenie [żonie] darem zapisane. Katafalk był na kształt herbu jego, to jest z bramy o trzech wieżach zrobiony i kopiami usarskimi z proporcami czerwono-złotymi na znak tego, że był żołnierzem, ozdobiony. Ale niemniejszyj i temu aktowi dodał ozdoby ksiądz Iwanicki, kanonik, pięknem swoim na laskę marszałkowską kazaniem.
By uhonorować wojskową karierę marszałka, pewien szlachcic wjechał konno do kościoła, by złamać kopię husarską o podłogę. Tu doszło jednak do nietypowej sytuacji, o której tak pisał pamiętnikarz:
Śmiechu zaś ludzi nabawił a oraz i strachu Wisłouch, gdy krusząc kopią po śliskiej na ten czas bardzo posadzce, w biegu końskim mało nie zabił Panny Grzybowskiej, Podkomorzanki Czerski, z fraucymeru Królowej, przy katafalku stojącej.
Wydaje się, że podkomorzanka od tego czasu niechętnie pojawiała się na takich „husarskich” pogrzebach…

wtorek, 24 kwietnia 2018

Wojowanie z chusteczką i głośnym krzykiem



W dzisiejszym wpisie przepyszna anegdota oblężnicza. Będzie bardzo cywilizowanie, żadnych masakr, eksplodujących petard czy latających husarzy. W roku 1734 armia hiszpańska oblegała zamek Castel Nuovo w Neapolu, chcąc wyprzeć broniących się tam Austriaków. Cała impreza oblężnicza przebiegała nader grzecznie, walczące strony miały bowiem stracić zaledwie po 3 zabitych w toku całej operacji. Obydwu stronom zależało na jak najmniejszych uszkodzeniach zamku i miasta, stąd też dochodziło do takich oto przypadków (opisanych przez naocznego świadka):

Oblężeni, wykazując nie mniejszą troskę o losy miasta niż oblegający, dawali znaki [machając] chusteczką, kiedy zdecydowali się otworzyć ogień [z dział], ostrzegali [też] głośnym krzykiem by  okoliczna ludność miała czas wycofać się [w bezpieczne miejsce], dopiero kiedy [ci] odeszli na bezpieczną odległość [obrońcy] otwierali ogień. Zanim zdemolowali mały dom, pozwolili [właścicielom] na zabranie z niego wszystkich mebli. Jak tylko [obrońcy] strzelą z działa, żebracy [z miasta] biegną w poszukiwaniu kuli armatniej a garnizon czeka [póki jej nie odnajdą] zanim otworzy znowu ogień.

sobota, 21 kwietnia 2018

Kołczan ze strzałami z działa ustrzelony



Kontynuujemy wpisy krótkie, acz ciekawe, dotyczące żołnierzy który udało się ujść z życiem z nader niebezpiecznych sytuacji bitewnych. Mieliśmy latającego husarza i hajduka który się kulom nie kłaniam, pora na coś interesującego z udziałem jazdy kozackiej. Przenieśmy się więc na koniec października 1625 roku na uroczysko Niedźwiedzie Łozy nieopodal Jeziora Kurukowego. Oddziały koronne Stanisława Koniecpolskiego toczyły tam zacięte walki z kozackimi powstańcami Marka Żmajły.

Na prawym skrzydle armii polskiej walczył prywatny pułk Tomasza Zamoyskiego, złożony z husarii, jazdy kozackiej i piechoty. W pewnym momencie walczący tu Polacy zostali zagrożeni przez pieszych ludzi, którzy na brzuchach się czołgali, zasadzki poczynili. Oprócz tego Kozacy wysłali trzystu konnych, którzy próbowali harcować pod polską flanką. Zamoyski wysłał na przeciwnika swoją jazdą kozacką, dowodzoną przez Stefana Chmieleckiego. Kontratak wsparł także sam hetman Koniecpolski, podsyłając chorągwie rotmistrzów Kruszyńskiego i Łąckiego, kozackie ale dobre. Uderzenie to zakończyło się pełnym sukcesem – odparto zarówno konnych Kozaków jak i rozbito leżącą w zasadzce piechotę, których goniąc siekli aż pod tabor. Kozacy gęstą palbą działek swych i inszej strzelby osłonili swoje rozbite oddziały. Polskie straty miały tu być bardzo niskie: nie zginął w tym razie nikt znaczny, tylko jeden pacholik, koni trzech ubito, postrzelonych była kilkadziesiąt.

To właśnie w czasie tego starcia jeden z oficerów miał bliskie spotkanie trzeciego stopnia z kozacką artylerią. Panu Łąckiemu rotmistrzowi z działa łęk z zadu u siodła, kołczan z strzałami i sztukę ferezji ustrzelono. Sam z łaski bożej cały i zdrowy został, mężnie i odważnie z chłopstwem poczynając. Kula pochodziła zapewne z jednego z lżejszych działek – mało prawdopodobne, żeby Kozacy mieli w swoim taborze jakieś cięższe wagomiary – niemniej jednak bez wątpienia była to przygoda którą rotmistrz zapamiętał do końca życia.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Hajduk co się kulom nie kłaniał



Pisałem ostatnio o latającym husarzu z okresu wojny smoleńskiej, wypadałoby więc coś napisać o piechocie z tej samej wojny. Wszak to knechci, hajducy i dragonii odegrali ogromną rolę w ostatecznym zwycięstwie armii Władysława IV, płacąc za to zresztą ogromną cenę. W grudniu 1633 roku niektóre regimenty piechoty – na skutek walk, chorób i dezercji – stopniały do liczebności pojedynczej kompanii, niektóre pułki liczą już ledwie co więcej jak 100 ludzi. Notka którą znalazłem dotyczy jednak hajduka, prawdopodobnie z nadwornej chorągwi królewskiej. Żołnierz ten miał niesamowite szczęście kiedy to śmierć, dosyć dosłownie, zajrzała mu w oczy:
24 [grudnia 1633 roku] zacięcie nieprzyjaciel z ciężkich dział strzelał do obozu królewskiego, tak że niektóre kule armatnie padały blisko domku królewskiego i budy przy nim wystawionej. Jedna z kul [armatnich] roztrzaskała hajdukowi stojącemu na warcie przed domkiem królewskim muszkiet, który trzymał w ręku, nie uszkodziwszy go wcale, odbiła się od ziemi i wpadła przez konia do domu królewskiego, rozerwawszy na dwie połowy komin.
Hajduk i koń najedli się strachu, zaś komin królewski poległ na polu bitwy…

piątek, 13 kwietnia 2018

Fly like a husarz



Husarz miał skrzydła, więc logiczne jest że mógł od czasu do czasu latać. Ktoś powie, że teraz to już Kadrinazi pojechał, odbija mu na starość od tych wszystkich książek i zacznie bajki i mity o husarii prawić... A jednak niekoniecznie, znalazłem bowiem przykład latającego husarza, do tego spieszonego. Paweł Jan Sapieha, dobrze znany z okresu Potopu gdzie dochrapał się buławy wielkiej litewskiej, zaczął swoją karierę militarną w czasie wojny smoleńskiej. 24-letni młodzian był tam rotmistrzem 120-konnej chorągwi husarskiej, walczącej pod Smoleńskiej i w czasie oblężenia Białej. To właśnie w czasie tego drugiego starcia doszło do ‘latającego’ epizodu. Oddajmy głos Kasprowi Niesieckiemu, który barwnie opisał to w swoim herbarzu:

Pod Białą potem na wał szturmem idąc, z konia zsiadłszy i z całą kompanią swoją, ledwo życia nie stracił, mina albowiem od Moskwy wyrzucona, wysoko go w kirysiu w górę wyniosła, przecież go bez znacznego szwanku, znowu postawiła, ale ziemią i prochem prawie go zarzuciwszy.

Być może chodzi o epizod z 9 maja 1634 roku, który miał przynieść polsko-litewskim wojskom spore straty. Jak opisał to jeden z kronikarzy:

[mina] jednych brełami ziemie z ogniem zmieszanemi potłukła, drugich poopalała, trzecim nogi, ręce połamała, a wszystkich tam będących ziemią tak przysypała, że się ledwo z niej wygrzebli. Muszkiety żołdaków naszych, w lauffgrabach stojących, za zapaleniem się samych od prochu i impetu obróciwszy się naszych strzelały i kilku zabiły.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Popis armii koronnej w Prusach - 29 sierpnia 1627 roku



Abraham Booth (znany też jako van Booth lub van Boot) brał udział, jako zastępca sekretarza Schultsena, w niderlandzkiej misji dyplomatycznej do Prus w 1627 roku. Był tam świadkiem bitwy pod Tczewem, pozostawiając po sobie bardzo ciekawy opis przebiegu starcia (o którym nieco więcej niedługo, przygotowuję bowiem polskie tłumaczenie tego źródła). Kilkanaście dnia po bitwie – 29 sierpnia – po przybyciu do obozu polskiego silnych posiłków, odbył się uroczysty popis armii Koniecpolskiego. 
Holender miał okazję mu się przyjrzeć, podał też dokładną liczbę biorących w nim jednostek:
- 16 chorągwi husarii
- 24 chorągwie jazdy kozackiej
- 6 kompanii rajtarii (niemieckich jeźdźców)
- 4 kompanie dragonii
-  29 chorągwi hajduków
- 32 kompanie piechoty niemieckiej
Razem dało to 111 kompanii, którym towarzyszyła wielka ilość dziwek i sług a także duży tabor.

Przyjrzyjmy się poszczególnym formacjom, próbując skonfrontować podane przez van Bootha dane z materiałami źródłowymi które są nam znane.  Należy pamiętać, że w popisie mogły brać udział jednostki prywatne, których nie uwzględniają komputy armii w Prusach, stąd też dane czasami nie pokrywają się z etatem armijnym.

Husaria: latem 1627 roku liczyła (zależnie od źródeł) 16 do 19 chorągwi, widzimy więc że na popisie zgromadziła się przeważająca większość jednostek. Jeden pułk jazdy – w skład którego mogły wchodzić 2-3 chorągwie – działał w tym okresie na Warmii, stąd też dane wydają się tutaj pokrywać.

Jazda kozacka: na popisie 24 z (co najmniej) 29 chorągwi służących pod komendą Koniecpolskiego. Trzy chorągwie wchodziły w skład garnizonu Pucka, kolejne mogły w tym czasie działać na Warmii. Wydaje mi się, że na przełomie lata i jesieni 1627 roku na krótki czas (jedną ćwierć?) do armii dołączyło też kilka chorągwi nowego zaciągu.

Rajtaria: regiment Abramowicza miał już wtedy zapewne 5 (a nie jak w 1626 roku 3) kompanie, wiemy też że już po bitwie pod Tczewem do armii polowej dołączyły chorągwie Denhoffa, Opoczyńskiego i księcia Pruńskiego. Liczba 6 kompanii wydaje się więc wręcz zbyt niska, być może niektóre oddziały (regiment Abramowicza?) nie wzięły udziału w popisie.

Dragonia: tak jak w przypadku rajtarii, liczba wydaje się nieco zbyt niska, biorąc pod uwagę jednostki dowodzone przez Jakuba Butlera czy Judyckiego. Z drugiej jednak strony część dragonii mogła być oddelegowana do innych zadań i nie było jej przy głównej armii

Hajducy –  Piechota polsko-węgierska to przynajmniej 9-10 chorągwi, do tego 8 chorągwi piechoty wybranieckiej. Po bitwie pod Tczewem do obozu dotarła jednak przynajmniej jedna, bardzo silna, bo licząca 400 żołnierzy jednostka. Na pierwszy rzut oka  liczba 29 chorągwi wydaje się zawyżona, biorąc jednak pod uwagę, że chorągwi liczące 200 i więcej hajduków typowo dzieliły się na ‘setki’, mające własne sztandary, Holender mógł faktycznie widzieć gros jednostek polskiej piechoty, traktując każdy sztandar jako osobną ‘kompanię’.

Piechota niemiecka – popis miał już miejsce po przybyciu obydwu regimentów Denhoffów, a jeżeli te (mimo niższego zakładanego stanu osobowego) miały wszystkie zakładane sztandary, to identyfikuje nam to już 20 z 32 flag. Jeżeli w popisie brał udział cesarski regiment księcia Holsztyńskiego, odpowiada on za kolejne 10 flag. Tak czy inaczej, w przypadku piechoty niemieckiej liczba kompanii które miał widzieć van Booth na pewno nie jest zawyżona.



poniedziałek, 19 marca 2018

Opowieści Natana ben Mojżesza - cz. I.




Opublikowana w 1653 roku w Wenecji kronika żydowska Jawen mecula (Głębokie bagno) to bardzo ciekawe, acz też pełne wstrząsających opisów, źródło do początków Powstania Chmielnickiego. Natan ben Mojżesz Hannower nie szczędzi bowiem swoim czytelnikom nader dokładnych szczegółów kaźni, jakim Kozacy mieli poddawać Żydów. Od czasu do czasu zamieszczę jakieś fragmenty, dobrze ukazujące, jak straszliwa była ta wojna domowa.  Wszystkie pochodzą z wydania z 1912 roku,  autorem tłumaczenia i komentarzy był rabin Majer Samuel Balaban, doktor historii z Uniwersytetu Lwowskiego, a od 1936 roku profesor Uniwersytetu Warszawskiego.




niedziela, 18 marca 2018

Historyk o(d)powiada... Karol Żojdź



W dzisiejszej odsłonie cyklu ‘wywiadów’ na blogowe pytania odpowiedzi udzieli Karol Żojdź,  doktorant z Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. W jego dotychczasowym dorobku naukowym znajdujemy pracę Jan Mierzeński: klient i rezydent Bogusława Radziwiłła w latach (1656-1665), kilka artykułów, recenzji i edycji źródłowych. Jego główne zainteresowania badawcze to klientela i patronat magnacki oraz staropolska sztuka wojenna.

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę, że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Chyba dość standardowo, tzn. jeszcze w dzieciństwie przejawiałem zainteresowanie przeszłością, ale nie było to nic zobowiązującego. Ot tak – zwyczajna fascynacja tym co nieznane. W przedszkolu, jak większość dzieciaków, przeszedłem przez etap „rekonstrukcji historycznej”. Na balach wcielałem się w różne role m.in. rycerza, żołnierza piechoty morskiej, ale zawsze najbardziej zazdrościłem muszkieterom… Wielki kapelusz, karmazynowy płaszcz, rapier za pasem (mniejsza o to, że plastikowy!) i obowiązkowy wąsik – z żalem to stwierdzam, ale taki strój na zabawę w starszakach to moje wielkie, dodajmy niespełnione, marzenie z dzieciństwa.
Może dlatego rekompensowałem to sobie w inny sposób… Na początek zainteresowanie historią nowożytną zaspokajało kino. Później również literatura. Choć muszę przyznać, że jakkolwiek cenię sienkiewiczowską Trylogię (w szczególności Potop), to moją ulubioną powieścią osadzoną w realiach dawnej Rzeczypospolitej jest Crimen Józefa Hena.    
Z czasem zacząłem również sięgać po książki naukowe, co nie zmienia faktu, że moje zainteresowanie XVI–XVII w. brało się z chłopięcej fascynacji, tą (jak sądziłem) barwną epoką. Dopiero w trakcie studiów zacząłem zadawać sobie inne pytania, wykraczające poza historię polityczną czy wojskową, a dzieje Europy w nowożytności stały się dla mnie jeszcze bardziej zajmujące ze względu na doniosłe zmiany jakie zaczęły wówczas zachodzić.  

2. Która postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Nie mam. Choć, gdybym już kogoś wskazał to byłby to bohater zbiorowy – uczeni, filozofowie i medycy, którzy swoją pracą i odkryciami poprawili warunki życia innych ludzi lub przyczynili się do rozwoju swobód obywatelskich.

3. Może się Pan cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Podróże w czasie, zwłaszcza w odległą przeszłość, nie za bardzo mi się marzą. Co innego niedaleka przyszłość… Oczywiście pewne pokusy są, ale za chwilę przychodzi refleksja, że albo nie jestem należycie przygotowany. Np. nieznajomość aramejskiego skutecznie uniemożliwiłaby mi skomunikowanie się z Jezusem z Nazaretu.  Albo taka eskapada w pojedynkę wiązałaby się ze zbyt dużym ryzykiem, bo przecież nie sposób przewidzieć, jak zachowałby się Mieszko, gdybym w przeddzień zapadnięcia decyzji o przyjęciu chrztu pojawił się w jego otoczeniu z zamiarem poznania i policzenia książęcych żon. Nie. Jednak podziękuję; zresztą w pracy historyka to właśnie stawianie pytań, a potem poszukiwanie odpowiedzi w źródłach jest najbardziej ekscytujące. A jaką człowiek ma satysfakcję, gdy stara teza potwierdza się w świetle nowopoznanych materiałów!  

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
„Dumny” to w moim przypadku zbyt kategoryczne słowo. Z kilku swoich prac jestem zadowolony, kilka w ogóle mogłoby nie powstać lub powstać trochę później, abym zdołał uwzględnić źródła, do których dotarłem poniewczasie. Najważniejsza jest dla mnie już ukończona, lecz jeszcze nieobroniona (ani nieopublikowana) rozprawa doktorska na temat stronnictwa Zygmunta III Wazy w Wielkim Księstwie Litewskim.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Bez wątpienia mój Mistrz – prof. Mirosław Nagielski, i to zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio, poprzez seminarium, na którym miałem okazję poznać kilku znakomitych historyków, jak choćby Piotr Kroll, Dariusz Milewski, Krzysztof Kossarzecki, Konrad Bobiatyński, Andrzej Majewski, Przemysław Gawron czy Andrzej Przepiórka, zwłaszcza dwóm ostatnim wiele zawdzięczam. Nie mogę nie wymienić również prof. Urszuli Augustyniak, dzięki której badawczo robię to co robię oraz przyjaciół Janka Sowy, Pawła Mozgawy oraz dwóch Zbigniewów – Chmiela i Hunderta.

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
Wyraźnie oddzieliłbym kanały na YouTube i blogi od memów. Te ostatnie zasadniczo ograniczają swoją rolę do rozśmieszenia odbiorcy, wymagają zatem znajomości jakiegoś kontekstu, walorów edukacyjnych w nich nie dostrzegam, ale to nie ich zadanie. Co do pozostałych środków przekazu, o które Pan pyta to wiele zależy nawet nie od ich jakości (choć to też ma duże znaczenie!), ale od samego czytelnika/widza. Od tego co z tą wiedzą zrobi czy temat, dajmy na to filmiku, będzie dla niego inspiracją do sięgnięcia po inne materiały, nie zawsze dostępne w sieci. Wreszcie czy wykaże się dostateczną determinacją, aby zweryfikować otrzymane informacje. Powszechność i wygoda w korzystaniu z Internetu niestety rozleniwiają wielu użytkowników, dlatego tak ważne jest mobilizowanie i uczenie młodych ludzi krytycznego myślenia, a nie znam lepszej praktyki niż uważna lektura.

7. Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
Póki co rozwijajcie się intelektualnie, czytajcie. A, gdy już będziecie prowadzić własne badania to róbcie to nie tylko dobrze, ale czerpcie przyjemność z pracy.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
W zależności od nastroju. Film lub serial, książka (niekoniecznie historyczna), jakaś aktywność fizyczna, albo towarzyska.


sobota, 17 marca 2018

Z monarchicznym przepychem



Dziś ciekawy opis wjazdu Zygmunta III i jego drugiej żony, Konstancji Habsburżanki, do Krakowa w grudniu 1605 roku. Scena ta jest przepiękna ukazana na rolce sztokholmskiej, tym razem jako dodatek do tego opis autorstwa Pawła Piaseckiego, pochodzący z jego kroniki. Piasecki, żyjący w latach 1579-1649, opublikował pierwsze wydanie swego dzieła w 1645 roku, a kronika ta do dziś pozostaje jednym z ciekawszych materiałów źródłowych z epoki. Zobaczmy więc co też biskup przemyski napisał o owym wjeździe do Krakowa. Zwraca uwagę dość złowróżbne zakończenie – to nawiązanie do rokoszu sandomierskiego/Zebrzydowskiego, który rozpoczął się w 1606 roku.  




poniedziałek, 12 marca 2018

Polski garnizon Ornety - jesień 1627 roku



[wracam po dłuższej przerwie do mojego ulubionego konfliktu, taka tam wprawka o mniej znanym epizodzie]

Jesienią 1627 roku, po tym jak Gustaw II Adolf wyleczył nieco ranę odniesioną w czasie bitwy pod Tczewem, miała miejsce krótkotrwała ofensywa szwedzka na Warmii. Na początku października, po zgromadzeniu sił polowych, Szwedzi pomaszerowali spod Malborka w stronę Ornety. Hetman Koniecpolski nie zdążył zareagować na czas – przez kilka dni zbierał porozrzucane pułki, ograniczając się tylko do wysyłania silnych podjazdów, które ścierały się z jazdą szwedzką. 12 października armia Gustawa Adolfa otoczyła Ornetę, rozpoczynając działania oblężnicze. Z powodu fatalnego stanu dróg Szwedzi nie byli w stanie przyprowadzić ze sobą cięższych dział, a trwający cztery dni ostrzał prowadzony z 18 dział polowych (w tym 6 „skórzaków”, dla których był to debiut wojenny) nie wywarł większego efektu na murach. O wiele skuteczniejsi byli jednak królewscy minerzy, kierowani przez Francuza De la Chapelle[1] i Niemca Creitzbacha. Podłożona przez nich mina poważnie uszkodziła tzw. wieżę wschodnią, niszcząc część murów. W obliczu grożącego im szturmu, zdając sobie sprawę z beznadziejnego położenia, polscy obrońcy nie mogąc wytrzymać siły i potęgi nieprzyjacielskiej zdecydowali się na poddanie miasta. Wydaje mi się – mimo że źródła o tym nie wspominają – że sama kapitulacja została podpisana na honorowych warunkach i cały garnizon zachował sztandary i prawo wolnego przemarszu do armii Koniecpolskiego. Żadne ze znanych mi źródeł nie wspomina bowiem o wzięciu żołnierzy do niewoli czy wcieleniu ich w szwedzkie szeregi, Hoppe stwierdza wręcz że zachowali prawo do wyjścia z dobytkiem.

I to właśnie garnizonem Ornety chciałbym się dzisiaj zająć. Dostępne mi źródła są tu bowiem nader rozbieżne, co dobitnie pokazuje o jaki ból głowy może czasami badacza przyprawić zajmowanie się wojną o ujście Wisły.

Diariusz albo summa spraw i dzieł wojska kwarcianego w Prusiech na usłudze Jego Królewskiej Miłości przeciwko Gustawowi Książęciu Sudermańskiemu będącego w latach 1626, 1627 i 1628 poświęca tylko krótką notkę utracie miasta, znajdujemy tam jednak wzmiankę o dwóch oficerach garnizonu – gdzie był P. Lipnicki i P. Szlatkowski. Chodzi o rotmistrzów Władysława Lipnickiego i Andrzeja Śladkowskiego, każdy z nich dowodził 100-konną chorągwią jazdy kozackiej.

Ten pierwszy pojawia się także w kronice Pawła Piaseckiego, który tak oto pisze o utracie Ornety: [hetman] odebrał doniesienie o poddaniu Ornety przez Władysława Lipnickiego i Henryka Loswanga, mniej doświadczonych dowódców, którzy na obronę tej twierdzy 200 ludzi jazdy i 300 piechoty pod sobą mieli. Co ciekawe, ilość jazdy odpowiadałaby łącznej liczebności chorągwi Lipnickiego i Śladkowskiego. Henryk Loswang to z kolei kapitan Johann Albrecht von Lessgewang, który od maja 1627 roku miał w kompucie kompanię 391 piechurów niemieckich, wchodzących w skład regimentu Gustava Sparre. To zapewne tłumaczyłoby owe 300 piechoty wspominane przez kronikarza.

Przyjrzyjmy się więc kolejnemu z naszych znajomych kronikarzy, czyli Israelowi Hoppe. Według jego kalkulacji garnizon był jeszcze większy, miał bowiem liczyć 300 jazdy kozackiej, 1000 ludzi niemieckiej piechoty oraz 200 mieszczan. Ważne są jednak nazwiska oficerów, które podaje – z jednej strony potwierdzają niektóre z powyższych, z drugiej zaś podają kilka nowych. Mamy więc Oberste Sliatkowsky czyli Śladkowskiego który w tej relacji awansuje do stopnia pułkownika. Nie ma jednak wzmianki o Lipnickim.  Pojawia się za to aż trzech oficerów cudzoziemskich: kapitanowie Butler, Lessgewang, Radawen. Lessegewanga już żeśmy powyżej zidentyfikowali, spójrzmy więc na dwóch pozostałych. Butlerów było wtedy w armii koronnej kilku, wydaje mi się jednak, że może chodzić o Waltera Butlera Starszego. Jego kompania liczyła 308 porcji, także wchodziła w skład regimentu Sparre, głównej jednostki ‘garnizonowej’ w armii Koniecpolskiego. Radawan to na pozór nieco większy problem, na szczęście w indeksie kroniki Hoppego znajdujemy jego imię jako Balzer. To skrót imienia Balthasar, a kapitan Baltasar Rotenstein/Rotstein/Rosentein to kolejny oficer z regimentu Sparre, dowodzący kompanią 134 knechtów. Podejrzanie się to dobrze układa, niemniej jednak nie kojarzę żadnego innego oficera o zbliżonym imieniu i nazwisku, a akurat jeżeli chodzi o kapitanów piechoty cudzoziemskiej w tej wojnie to ostało nam się sporo źródeł.

Mimo tak dużych różnic pomiędzy liczebnością podaną u Piaseckiego i Hoppe, nie odrzucałbym wersji tego ostatniego. Zwróćmy uwagę, że – przynajmniej w przypadku piechoty – podał aż trzy nazwiska oficerów, których możemy z pewną dozą pewności zidentyfikować, co wspiera jego opis. Piasecki zapisał bardzo niski stan piechoty, podkreślając też, niejako w formie wymówki, że obroną dowodzili niedoświadczeni oficerowie. Na dzień dzisiejszy nie mam jednak dostępu do innych źródeł, wspierających jedną czy to drugą wersją. Temat, jak dla mnie bardzo ciekawy (bo też raczej historycy mało się zajmują zagadnieniem polskich garnizonów w tej wojnie), pozostawiam więc otwarty.





[1] Dorabiał sobie też jako oficer dragonii ;)

niedziela, 11 marca 2018

Historyk o(d)powiada... Emil Kalinowski



Rozpoczynając cykl ‘wywiadów’ historycznych wspomniałem, że chciałbym w nim zapoznać Czytelników bloga z szerokim spektrum badaczy: od uznanych w kraju (i nierzadko poza jego granicami) profesorów do doktorantów dopiero rozpoczynających karierę historyków.  W najbliższych odsłonach cyklu mam nadzieję zapoznać Was z kilkoma przedstawicielami młodszego pokolenia, ciekawi mnie ich podejście do historii i pracy badawczej.

Dziś miło mi gościć Emila Kalinowskiego, doktoranta na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zainteresowania badawcze to historia drobnej szlachty w epoce przedrozbiorowej, przede wszystkim tej zamieszkującej pogranicze Podlasa i Mazowsza, historia regionalna, mikrohistoria, genealogia, heraldyka, historia wojskowości XVI i XVII wieku. Ma na koncie kilka publikacji naukowych, w tym Ród Kalinowskich herbu Ślepowron w XVII wieku (Warszawa 2015).

1. W jaki sposób zaczęła się Pańska przygoda z historią, kiedy zdał Pan sobie sprawę że chciałby się nią zajmować zawodowo?
Mali chłopcy ogólnie chyba dzielą się na tych, którzy bawią się chętniej samochodzikami lub żołnierzykami. Należałem do tych drugich i to na pewno wpłynęło na moje wczesne zainteresowanie historią. Wychowałem się na filmie „Potop” Jerzego Hoffmana, potem przyszły lektury – „Robinson Cruzoe” i trylogia Sienkiewicza w podstawówce, wreszcie trylogia muszkieterska i „Hrabia Monte Christo” Dumasa w gimnazjum-liceum. Już od gimnazjum byłem pewny, że chcę studiować historię, jednak decyzja o zawodowym zajęciu się tą dyscypliną przyszła dużo, dużo później. Było to w drugiej połowie studiów, w 2011 r., kiedy otrzymałem po raz pierwszy propozycję aplikowania na studia doktoranckie.

2. Który postać historyczna jest Pańską ulubioną i dlaczego?
Bardzo ciężko jest wybrać jedną postać, ale jeśli muszę, zdecydowanie jest to Józef Piłsudski. Powodów można by wymienić wiele. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że Marszałek nie był „kryształową” osobą, a na jego wizerunku są poważne rysy (zamach majowy, Bereza, itd.). Niemniej, uznaję go za głównego architekta odzyskania niepodległości przez Polskę, czego stulecie w tym roku obchodzimy. Jest dla mnie wzorem niezłomnego charakteru i woli. Poza tym ze swą iście sarmacką osobowością, swym kresowym pochodzeniem, umiłowaniem dla powstania styczniowego uosabia dla mnie łączność między dawną, przedrozbiorową Rzeczpospolitą a tą nową, odrodzoną.

3. Może się Pan się cofnąć w czasie i poznać postać historyczną, być świadkiem jakiegoś wydarzenia lub też zobaczyć/zbadać jakiś artefakt. Jaki byłby Pański wybór?
Znów bardzo ciężkie pytanie. Cofnąłbym się do XV w. i spotkał rycerza Trojana z Kalinowa, mego przodka, z którym chciałbym wziąć udział w zakładaniu mojej rodzinnej okolicy szlacheckiej na zachodnim Podlasiu.

4. Z której spośród swoich publikacji jest Pan najbardziej dumny?
Monografia „Ród Kalinowskich herbu Ślepowron w XVII w.” dała mi dużo radości już podczas jej przygotowywania, będąc zarówno spełnieniem moich marzeń o profesjonalnym, naukowym zajmowaniu się historią, jak i ważnym doświadczeniem osobistym, związanym z odkrywaniem swoich korzeni. To opowieść o życiu zwyczajnych i niezwyczajnych zarazem ludzi w ciężkich, ale i pięknych czasach, a jednocześnie niejako prywatny hołd dla przodków, wyrwanych kilkuwiekowej niepamięci. Tak, jestem z niej dumny J.

5. W toku swojej edukacji i pracy naukowej poznał Pan wielu wybitnych badaczy. Który z nich wywarł na Panu największy wpływ?
Niech wolno mi będzie nie wybierać jednej osoby, a wspomnieć trójkę wybitnych naukowców, którzy wpłynęli na ukształtowanie się mnie jako badacza. Miałem szczęście (jak moje pokolenie i zwłaszcza mój rocznik) w swej edukacji przeżywać okresy przejściowe między różnymi systemami, w tym trafiłem na szczęśliwy czas, kiedy można było uczęszczać równocześnie na trzy seminaria magisterskie. Pan Profesor Andrzej Karpiński dał mi wyczulenie na kwestie społeczne, skupienie się na szarym, zwykłym człowieku, natomiast Panie Profesor Jolanta Choińska-Mika i Urszula Augustyniak nauczyły wiele o kulturze politycznej dawnej Rzeczypospolitej w ich odmianach koronno-mazowieckiej oraz litewskiej, stanowiących niejako dwa „płuca” mego ukochanego Podlasia, kraju pogranicza, który wszak Orła i Pogoń ma w herbie. 

6. Dużo młodych ludzi czerpie aktualnie wiedzę historyczną z memów, filmików na YouTube i blogów internetowych. Jakie jest Pańskie zdanie na temat tego trendu?
„Starzy” zawsze będą narzekać na „młodych” i ich obyczaje, podobnie było już w czasach staropolskich. Należę do pokolenia urodzonego w ostatnich latach komunizmu, stąd rewolucja informatyczna dosięgła mnie już w znacznym stopniu ukształtowanego i mam trochę inny, zapewne bardziej sceptyczny stosunek do internetu niż ci, którzy znają go „od zawsze”. Zainteresowanie historią cieszy, bez względu na to, jaką drogą trafia ona do umysłów młodych ludzi. Połączenie treści historycznych z obrazem, filmem z pewnością uatrakcyjnia przekaz i pobudza wyobraźnię, tak jak na nas kiedyś oddziaływały ilustracje, reprodukcje obrazów batalistycznych w podręcznikach do historii czy wspomniany wyżej film Hoffmana ze scenami pojedynków, szarżą husarii. Tak może zrodzić się w nich iskra, może zaczątek pasji. Ważne, by młodzi nie zatrzymywali się na tych memach i filmikach, które są różnego autoramentu i nierównej wartości, ale inspirowali się nimi do dalszego zdobywania wiedzy i – być może – sięgnięcia do owoców pracy naszej historycznej gildii. 

7.  Najważniejsza Pańska rada dla przyszłych historyków?
„Disce, puer, latinae, ego faciam te Mościpanie”.

8. W czasie wolnym najbardziej lubi Pan…
Spotykać się z przyjaciółmi, grać w planszówki i czytać książki.


sobota, 10 marca 2018

Żołnierz nasz wszystek zdzierstwem żyje


Szymon Starowolski w swoich pracach (a trochę tego napisał...) niejednokrotnie wskazywał przywary polskich żołnierzy, piętnując je i namawiając do poprawy. Poniżej fragment z Prawego rycerza, opisujący szkody jakie wojacy wyrządzali we własnym kraju. Dostaje się tu zarówno oficerom jak i żołnierzom, Starowolski podaje bowiem przykłady które znał z pierwszej ręki.



środa, 7 marca 2018

Majowy Snayers



[Many thanks to Daniel Staberg for letting me know about this book!]
Maj zapowiada się naprawdę świetnie… jeżeli macie do wydania 99 Euro (+ koszty wysyłki). Ukaże się wtedy praca Rolanda Sennewalda i Pavla Hrncirika, przedstawiająca niezwykły zbiór malowideł Pietera Snayersa. Na ponad 400 stronach będziemy mogli obejrzeć 100 obrazów – każdy na podwójnej karcie, dodatkowo będzie też sporo zbliżeń szczegółów. Osoby autorów a także wydawnictwo pozwalają być spokojnym o jakość pracy. Można już zamawiać tutaj, planowana data wydania to koniec maja tego roku. Nie omieszkam zamieścić recenzji na blogu, bo udało mi się wynegocjować z Lepszą Połową ten zakup...

poniedziałek, 5 marca 2018

Są bowiem oni słudzy...



W czasie wojny smoleńskiej obydwie strony polegały w dużej mierze na oddziałach moderowanych ‘na sposób zachodni’. W armii moskiewskiej były zarówno regimenty złożone z samych cudzoziemców, jaki te gdzie tylko kadra miała pochodzić z Niemiec czy Francji. Z kolei w armii polsko-litewskiej gros knechtów miało być zaciągniętych na terenach Rzplitej, za to kadra rekrutowała się z dość szerokiej puli międzynarodowej. Albrycht Stanisław Radziwiłł przytacza ciekawą informację dotyczącą negocjacji polsko-moskiewskich z początku stycznia 1634 roku. Widać tam jak różnie postrzegano owych cudzoziemców i ich wpływ na działania armii.

Wspomniany w tekście ‘Lesel’, który zabił Sandersona to Alexander Leslie. Pisałem kilka lat temu o owej nader dziwnej sprzeczce moskiewskich pułkowników. ‘Sehin’ to oczywiście wojewda Szein. Z kolei ‘Roswerman’ to Wilhelm Rozworn, pułkownik dowodzący jednym z  regimentów piechoty moskiewskiej.

sobota, 3 marca 2018

Mego konia trzema pikami w szyję przebito



W 1642 roku 22-letni książę Bogusław Radziwiłł, jak wielu innych młodzieńców w tym okresie, przyłączył się jako ochotnik do armii Zjednoczonych Prowincji. Wojna 80-letnia była dobrą okazją do zdobycia doświadczenia w służbie militarnej, a Hiszpanie byli nader srogimi nauczycielami… Poniżej dwa zapiski księcia, dotyczące jednego ze starć z tej kampanii. Mało brakowało, a Leszek Teleszyński nie miałby okazji zagrać swojej kultowej roli. 


I wersja książęcej autobiografii:

Wyprawiono z Reinberka w półtora tysiący jazdy i z sześcią set piechoty gen[eralnego] gemmisarza Reingrafa[1] na czatę pod Geldryją, żeby pułk grafa Izambruka i drugi hiszpański, z Geldryi do Wenlau na Stral idący, przejmował, co się i stało, bo rano barzo między Stralem a Wenlau na grobli te pułki zaskoczył i zniósł. Ja, będąc woluntarzem, miałem w tej rankontrze przednią straż z piąciądziesiąt woluntariuszów, między którymi był jeden książę lejneburskie[2], dwaj grafowie fon Waldek[3] i jeden de Dona Henrych[4], drudzy, zacna slachta, którzy mnie nie odstąpili. Uderzyliśmy się tedy onych na grobli, gdzie wielki fortel mieli, bo z jednej strony zakrywały ich bagna, z drugiej strony fosa albo Ren; to nam pomogło, że się deszcz puścił, że knoty pogasły. Znieśliśmy tedy ich, wziąwszy pięć chorągwi, 3 kapitanów, 2 poruczników, 6 chorążych i 300 więźniów.  Żaden by nie uszedł był nieprzyjaciel, ale Reingraf szwankowawszy casu w trzęsawicy, z koniem był od rajtaryi hiszpańskiej wzięty, zaczem my, bez wodza zostając, nie śmieliśmy więcej tentare. W tej potrzebie książęcia lejneburskiego w prawą nogę z muszkietu postrzelono, grafa Waldeka, teraźniejszego generała nad kawaleryją szwedzką, także w ud trzema kulami, od czego kaleka, grafowi Donawowi konia zabito, mego konia trzema pikami w szyję przebito i mnie samemu już wystrzelonym muszkietem po ramieniu się dostało, tak żem niemal z konia spadł.

II wersja książęcej autobiografii:
Szło wojsko potem do Rejnberku, skąd Rejngrafa wyprawiono w tysiącu koni na czatę; z którymem i ja chodził. Między Wenlą i Rurimundą trafiliśmy na dwa tysiące piechoty i trzysta rajtaryjej hiszpańskiej, z którymi ludźmi zwiedliśmy potrzebę na grobli, gdziem ja kredensował wszystkim, mając ze trzydzieści koni woluntariuszów z sobą, ludzi bardzo zacnych, jako to książęcia linemburskiego, grafów Waldeków i grafa von Dohna. Pode mną konia postrzelono, książęcia linemburskiego w nogę, grafa Waldeka także, grafowi von Dohna konia zabito. Samiśmy tych ludzi przełamali, ale wodza naszego Rejngrafa Hiszpani wzięli byli, bo koń z nim szwankował. Wzięliśmy chorągwi cztery i więźniów 370.

To dopiero były zabawy młodzieży, nie tam jakieś granie na konsoli czy wypad na dyskotekę… Co ciekawe, kilkanaście lat później część z tych panów znów miała okazję spotkać się na polu bitwy, walcząc w szeregach armii szwedzkiej i brandenburskiej w kampaniach „




[1] Wydaje mi się, że chodzi o Adolfa von Salma.
[2] Georg Wilhelm, książę  Braunschweig-Lüneburg.
[3] Jeden z nich to nasz ‘dobry’ znajomy z czasów Potopu, czyli Georg Friedrich von Waldeck.
[4] Prawdopodobnie Heinrich zu Dohna, który w 1642 roku miał zaledwie 18 lat.